Boska Komedia: refleksja po festiwalu

Szósta edycja międzynarodowego festiwalu teatralnego Boska Komedia stała pod znakiem muzyki, kontrowersyjnych tematów, ciekawych rozwiązań formalnych i świetnych ról żeńskich. Na przykładach wybranych przedstawień biorących udział w konkursie głównym "Inferno" widać dokładnie, jak zróżnicowana i ciekawa jest polska scena.

Boska Komedia, czyli festiwal teatralno-muzyczny

Co najmniej połowa spektakli wystawianych w ramach Boskiej Komedii była ściśle związana z muzyką. "Morrison/Śmiercisyn", "Chopin bez fortepianu" oraz "Courtney Love" opowiadały (mniej lub bardziej) wprost – o kompozytorach. W pozostałych sztukach artyści często śpiewali, wchodzili w muzyczną konwencję (najlepszym wykonaniem był bez dwóch zdań śpiew Małgorzaty Buczkowskiej w "Nietoperzu"), a niekiedy ramię w ramię z aktorami stali muzycy, grający "na żywo" na instrumentach. W tych muzycznych kontekstach ciekawe są zwłaszcza przypadki "Chopina…" i "Morrisona" – sztuk z dwóch przeciwległych biegunów. Ta ostatnia była dla mnie największym bodaj rozczarowaniem, bo przecież tragiczna historia wokalisty The Doors daje szerokie pole do popisu. Paweł Passini starał się pokazać, czym jest dla popkultury śmierć artysty, na czym polega jego fenomen. Wizja reżysera nie znalazła jednak należytego odzwierciedlenia w grze aktorów, którzy zmierzają w sobie tylko znanych kierunkach, a sens sztuki ginie między zasłonami rozwieszonymi na scenie (w zasadzie jedynym plusem "Morrisona/Śmiercisyna" jest oniryczny klimat na niej panujący).

Na drugim ze wspomnianych biegunów znajduje się "Chopin bez fortepianu". To monodram odegrany brawurowo przez Barbarę Wysocką, która "opowiada" partie fortepianowe Chopina z jego dwóch koncertów, granych na żywo przez orkiestrę Sinfonietta Cracovia. Aktorka siedzi przy/na/obok fortepianu, otwiera klapę i zagląda do jego wnętrza, nachyla się nad klawiszami, ale ani razu nie zmusza instrumentu do wydania choćby jednego dźwięku. Tak wyczekiwane partie kompozytora zastępuje długimi, wartkimi monologami dotyczącymi jego życia, myśli, wspomnień, a także wyobrażeń i interpretacji wpisanych w polską kulturę i muzyczną krytykę. Zapewniam, że każdy, kto zobaczy tę sztukę, zmieni sposób pojmowania Chopina i jego muzyki. Wysocka zachwyca wymową, intonacją i sposobem, w jaki wpasowuje się w partie orkiestry (duża w tym zasługa jej wyćwiczonego słuchu - wykształcenie muzyczne robi swoje). Po przedstawieniu spytałem skrzypaczkę Sinfonietty, czy trudno jej się gra w sytuacji, gdy znana z filharmonii cisza "jak makiem zasiał" zastąpiona jest krzykiem aktorki. W odpowiedzi usłyszałem, że Wysocka do tego stopnia wkomponowała się w muzykę, iż stała się jej integralną częścią. Aż dziw, że artystka nie dostała głównej nagrody w kategorii najlepszej aktorki pierwszoplanowej.

Boska Komedia, czyli popis gry całych zespołów aktorskich

Z Wysocką konkurować mogła jedynie Magdalena Cielecka, zapierająca dech w piersiach w "Kabarecie Warszawskim". Aktorka z zespołu warszawskiego Nowego Teatru gra… aktorkę, która tańczy, śpiewa, kusi, przyciąga, uwodzi i porzuca – zarówno publikę, jak i swoich scenicznych partnerów, granych przez Andrzeja Chyrę i Macieja Stuhra. Pierwsza część "Kabaretu…" to aktorski popis tej trójki (dyskusja o Wagnerze – mistrzostwo świata!), a także kalejdoskop znaczeń i odwołań – do nazizmu, antysemityzmu, filozofii i frywolnej zabawy elit w obliczu nadchodzącej katastrofy ideologicznej. Erotyzm kipi ze sceny, a bohaterowie wciągają widza w intelektualne gierki, budując duszny klimat Berlina z końca lat '30. Druga część "Kabaretu Warszawskiego" to już zgoła odmienne miejsca i problemy: czasoprzestrzeń to zrozpaczony po zamachach na WTC Nowy Jork, w którym ludzie zmagają się ze swoją seksualnością. W klubie "Shortbus" spotykają się transseksualista, męska i żeńska prostytutka, dwójka gejów, którym nie układa się związek oraz kobieta, która nigdy nie doświadczyła orgazmu. Jak to u Warlikowskiego bywa, z tej mieszanki nie mogło powstać nic sztampowego. Paradoksalnie, reżyser przedstawia współczesne problemy Warszawy w odbiciach nazistowskich Niemiec i kosmopolitycznego Nowego Jorku – mamy więc na scenie syrenę niemal żywcem wyjętą z herbu miasta, protoplastów neonazistowskich bojówek niszczących wozy TVN-u oraz postać o tych samych płciach, co Anna Grodzka. "Nowy Teatr jest częścią rewolucji wolnościowej, którą społeczeństwo warszawskie przeżywa dużo szybciej niż inne." – powiedział kiedyś Krzysztof Warlikowski w jednym z wywiadów, i właśnie o tym opowiada "Kabaret Warszawski".

Drugim zespołem aktorskim, który zachwycił mnie podczas Boskiej Komedii, był ten grający w "Ja, Piotr Rivière, skorom już zaszlachtował siekierom swoją matkę, swojego ojca, siostry swoje, brata swojego i wszystkich sąsiadów swoich…", ale jeszcze lepsze wrażenie wywierają rozwiązania formalne zastosowane w przedstawieniu wrocławskiego Capitolu. Zanim widz zajmie miejsce, musi ubrać szpitalne ochraniacze na obuwie, a następnie pokonać długi, ciemny korytarz i przejść przez środek sceny, prowadzony za rękę przez jednego z aktorów. Ci wybierają publiczności miejsca na widowni podzielonej na kilka części, które składają się na specyficzną salę sądową. Cała scenografia pomalowana jest na biało, co stwarza niepowtarzalne wrażenie przebywania w czyśćcu, będącym ponadto jednocześnie prosektorium i wsią, w której dokonywany jest tytułowy mord. Spektaklu Agaty Dudy-Gracz nie można jednak nazwać wybitnym - rozczarowuje zwłaszcza zakończenie, chybiony pomysł personifikacji zwierząt i wpleciona na siłę, komiksowo-wirtualna nowoczesność. Zamiast przygnębiającej opowieści robi się z tego wszystkiego absurdalna, odrealniona baśń, której brak spójności. Psychodeliczny klimat, chocholi taniec w drugiej części spektaklu i świetnie skonstruowane portrety psychologiczne bohaterów to z kolei elementy, które się bronią. - Nie lubię, kiedy widz czuje się bezpieczny – wyznała reżyserka podczas dyskusji po przedstawieniu na Boskiej Komedii. Istotnie, w trakcie "Ja, Piotr Rivière…" odczuwałem podskórny niepokój i do samego końca nie wiedziałem, czego się spodziewać.

Boska Komedia, czyli igranie ze świętościami

Osobne słowo należy się z pewnością "Nietoperzowi", który wygrał cały konkurs (co więcej, grająca w przedstawieniu Roma Gąsiorowska została wybrana najlepszą aktorką drugoplanową). To jedna z inscenizacji, która podjęła kontrowersyjny temat (eutanazji), i podjęła go w sposób, a jakże, kontrowersyjny. Jeżeli bohaterowie się śmieją, to przez łzy, zaś swoje przygnębienie maskują ironią i cynizmem. Jeśli w powietrzu unosi się smutek i przygnębienie, to tylko na chwilę, by zaraz zostać zagłuszonym poprzez groteskowe wykonanie piosenki przez cały zespół aktorski (łącznie z uśmierconymi uprzednio postaciami). Finałowe wyśpiewanie przewrotnego "Ti Amo", w którym połowa publiczności w milczeniu przyjmowała ten przewrotny, gorzki "cios ostateczny", a druga połowa widowni głupkowato klaskała i śpiewała z aktorami włoską balladę, to najmocniejszy moment, jaki uświadczyłem na Boskiej Komedii. Największą zaletą "Nietoperza" jest jego bezstronność – aktorzy nie opowiadają się jednoznacznie po żadnej ze stron moralnego dylematu, jakim jest decydowanie o czyjejś śmierci. W Boga nie bawi się też węgierski reżyser Kornél Mundruczó, który utarł nosa wszystkim polskim kolegom biorącym udział w konkursie.

Stwórcą postanowił za to zostać Włodzimierz Dyła, który odgrywa rolę spersonifikowanego, zakutego w kajdanki Najwyższego w przedstawieniu "Na Boga!". Kluczowy w całej tej błazenadzie jest scenariusz. Jego autor, związany z Gazetą Wyborczą Jarosław Murawski, napisał tekst, w którym na siłę burzy pomniki, obraża chrześcijaństwo, porównuje Wojtyłę do Stalina i ośmiesza tzw. "obrońców krzyża". Rechot podobnych Murawskiemu widzów niósł się po sali, a ja postanowiłem opuścić ją przed czasem – nie ze względu na preferencje religijno-polityczne, a żenujący poziom panujący tego wieczoru w teatrze. Ciężko było też wysiedzieć na pozbawionym ładu i składu "Diable" Radka Rychcika, w którym w zasadzie jedyną dobrą sceną była ta otwierająca spektakl. Grający egzorcystów Tomasz Nosinski, Adam Kuzycz-Berezowski i Michał Lewandowski dają prawdziwy popis aktorstwa i sprawiają, że ze sceny czuć powiew autentycznej magii. Cały czar pryska w momencie rozsunięcia kurtyny – dalej jest już tylko nieudolne odwoływanie się do "Twin Peaks", "Egzorcysty" i "Lśnienia", firmowane przez aktorów z beznadziejną dykcją. Całe szczęście, że w trakcie Boskiej Komedii zamontowano ekrany, na których wyświetlane były angielskie tłumaczenia.

Nie chcąc kończyć tego sprawozdania gorzkim akcentem, pokuszę się o krótkie podsumowanie festiwalu. Jego największą zaletą jest termin, w którym się odbywa – dzięki temu, że Boska Komedia przypada na koniec roku, odbiorcy dostają kompletny przegląd przez wszystkie najważniejsze spektakle sezonu. Podczas tej edycji zachwyciły mnie zwłaszcza dwa: ""Ja, Piotr Rivière…" i "Kabaret Warszawski", które otwierały i zamykały cały festiwal. To produkcje totalne, zachwycające grą aktorską, muzyką i scenografią, a także dające do myślenia. Nie wiem, co kierowało wyborami jury, że spektakl Warlikowskiego wyjechał z Krakowa na tarczy, a przedstawienie Dudy-Gracz dostało nagrodę w mało znaczącej kategorii – międzynarodowe grono najwyraźniej odbiera teatr inaczej, niż spora część polskiej publiczności. Pewne jest za to jedno – Boska Komedia sprawia, że Kraków przez ponad tydzień oddycha teatrem i zamienia się w jedną, wielką scenę, na którą wstęp ma każdy zainteresowany.


zdjęcie pochodzi ze spektaklu "Morrison/Śmiercisyn", fot. Klaudia Kot / lovekraków.pl