Brak nóg to nie wyrok
– Paradoksalnie do 19. roku życia nie identyfikowałam siebie jako osoby niepełnosprawnej. Moja rodzina wychowywała mnie tak, że brak nóg nie czynił ze mnie osoby chorej – tak spory okres swojego życia wspomina 27-letnia Agnieszka Harasim, która pomimo iż od urodzenia nie ma obu nóg, prowadzi całkowicie normalne życie.
Agnieszka pracuje w stowarzyszeniu sportowym na rzecz osób niepełnosprawnych w Krakowie, gdzie zajmuje się działalnością internetową i koordynowaniem zadań placówki. Jest młodą i energiczną osobą, jednak początki swojego życia wspomina jako codzienną walkę z problemami, które większości z nas nie dotyczą.
– Urodziłam się bez dwóch nóg i chodzę w protezach od 2. roku życia. Na naukę musiałam poświęcić kilka miesięcy - to jest jak stawianie kroków od początku. Zakładasz protezy, wstajesz i padasz. Nie potrafisz przebyć nawet metra.
Jak wylicza Agnieszka, cena dobrej protezy rozpoczyna się od 45 tysięcy złotych. Państwo refundowało jedynie 7 tysięcy, a o uzbieranie pozostałej części walczyła przez rok. Niestety, jak sama przyznaje, ludzie nie zawsze rozumieją potrzeby niepełnosprawnych. – To nie jest kaprys typu Mercedes klasy S, tylko sprzęt, bez którego człowiek nie może normalnie funkcjonować Albo sobie uzbierasz pieniądze i dołożysz, albo nie masz protezy – wyjaśnia.
Najgorzej było w gimnazjum
Ze wspomnień Agnieszki wynika, że najgorszym okresem w jej życiu były czasy gimnazjum, gdy nie mogła pogodzić się z faktem złego traktowania przez kolegów i koleżanki. – Najgorzej czułam się właśnie wtedy, bo rówieśnicy są bezlitośni. Pamiętam jak kolega podstawiał mi nogę i dla niego to było zabawne. Wiadomo, gimnazjum to najtrudniejszy wiek i okres buntu. Zastanawiałam się wtedy: dlaczego ja? Dlaczego mnie to dotknęło? Tym bardziej że pochodzę z małej wioski na Podlasiu i czułam się dodatkowo jakimś innym elementem.
Według Agnieszki sytuacja w dużych miastach wygląda znacznie lepiej niż na wsiach, gdzie człowiek nadal traktowany jest przez wszystkich jak dziwak. – W Krakowie ludzie są oswojeni z takim widokiem, a na kilkudomowej wsi wyjedzie niepełnosprawny na wózku i będzie postrzegany jak trędowaty. Najpierw idą oni, a głowa idzie z boku, bo muszą się napatrzeć.
Również słyszane zewsząd komentarze bardzo często pozostawiają wiele do życzenia. Jak twierdzi Agnieszka, takie zachowanie wychodzi z małomiasteczkowości wielu osób. – Kiedyś jak byłam na obozie sportowym i jechałam na handbike’u, pewna starsza kobieta ostentacyjnie to skomentowała: „taka młoda i nóg nie ma”. Zapytałam ją, czy uważa, że jak będę stara to będzie lepiej.
Przełomowy rok
Gdy Agnieszka miała 19 lat doszło do przełomowego momentu w jej życiu. Zapisała się na specjalny kurs prawa jazdy. Poznany instruktor doradził jej, aby udała się do szkoły policealnej dla młodzieży niepełnosprawnej ruchowo. Oprócz zdobytej wiedzy mogła uzyskać dofinansowanie do kursu kosztującego aż 6 tysięcy złotych.
– Ja do 19. roku życia nie znałam nikogo niepełnosprawnego, a tam otaczali mnie tylko tacy ludzie. Przez pierwszy tydzień to był dla mnie szok. Płakałam, dzwoniłam do domu, żeby mnie zabrali, bo czułam się w tym otoczeniu jak w getcie. Po tygodniu odkryłam sens mojej obecności w tej szkole. Po raz pierwszy tak naprawdę zaczęłam identyfikować się ze sobą, z czym tak naprawdę do tej pory miałam problem – wyjaśnia.
W tym czasie Agnieszka poczuła również, że może uprawiać sport. Do 19. roku życia mieszkając na Podlasiu cały czas otrzymywała zwolnienia z wychowania fizycznego, bo nauczyciele nie wiedzieli, co mają z nią zrobić. W ośrodku dowiedziała się, że może grać nawet w koszykówkę.
Myślą, że byłam na nartach
Jak przyznaje Agnieszka, ludzie chcą pomóc osobom niepełnosprawnym, jednak bardzo często nie wiedzą jak się do tego zabrać. – Nie mają wiedzy jak pomagać, czasami ich pomoc polega na tym, że mogą ci jeszcze zaszkodzić. U mnie zdarzyła się taka sytuacja, gdy nadjechał tramwaj. Wchodząc do niego muszę zrobić zamach i kilka razy zdarzyło mi się, że ktoś mnie popchnął i wpadłam od razu do środka. Wtedy zastanawiałam się, czy dać komuś w mordę czy podziękować za pomoc (śmiech).
Ludzie nie wiedzą również, czy zwracać uwagę na osobę niepełnosprawną czy nie patrzeć w jej kierunku w ogóle. Jak twierdzi Agnieszka, najśmieszniej jest w zimie. Wtedy słyszę często: „widzę, że na nartach się było”, bo zazwyczaj myślą, że mam problemy z biodrem. Zauważam u nich ogromne zdziwienie, gdy dowiadują się, że mam dwie protezy.
Najważniejsza psychika
Według Agnieszki to, czy ktoś czuje się niepełnosprawnym, zależy jedynie od psychiki, a sama dzieli osoby niepełnosprawne na dwie kategorie. – Są ludzie, którzy potrzebują tylko małego bodźca, by pójść za cennymi wskazówkami. Należy im tylko pokazać, że mogą zrobić coś ze swoim życiem. Są też takie, jak ja to mówię, „jęczypały”. Uważają się za biednych, pokrzywdzonych i twierdzą, że wszystko im się należy. Po co mają coś robić, skoro ktoś to może zrobić za nich? Po co mają pracować, skoro należy się im renta?
Jak wynika z opowiadań Agnieszki, takich ludzi jest całkiem sporo, ale ona sama trzyma się od nich z daleka. – To są wampiry emocjonalne. Irytuje mnie to. Pewnie widziałeś nie raz ludzi, którzy utykają lub jeżdżą na wózku i żebrzą. Przez nich społeczeństwo traci do nas zaufanie. Jaką taki człowiek daje opinię? Pracę może podjąć prawie każdy, potrzebne są chęci.
Wszyscy wrzucani są do jednego worka
Jak przyznaje Agnieszka, ludzie w Polsce wciąż traktują wszystkich niepełnosprawnych tak samo. Nie widzą, że nie każda dysfunkcja przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu w społeczeństwie. Wciąż traktuje się ich jak gorszych obywateli.
– Zauważyłam, że w Polsce wszystkich wrzucają do jednego worka - czy to jest niepełnosprawność ruchowa czy psychiczna. Jak jest niepełnosprawny, to pewnie jest głupszy. A prawda jest taka, że większość takich osób to bardzo inteligentni, wykształceni ludzie. Wiadomo, że nie będą pracować na wysokościach, ale mogą w banku, przeprowadzając wielomilionowe operacje. Takie postrzeganie problemu bardzo mnie boli. Na szczęście sytuacja w Polsce ulega stopniowej poprawie, ale potrzeba jeszcze sporo czasu, żeby ludzie zaczęli traktować nas całkowicie normalnie.