Czasem słońce, czasem dreszcze

Po sukcesie wyprodukowanego w USA serialu „Przyjaciele” nawet Kraków doczekał się własnego odpowiednika kultowej grupy z Nowego Jorku. Co prawda polska powieść „Przyjaciele” Marty Madery jest uzupełniona o więcej odcieni lokalnej szarości, ale z telewizyjną produkcją dzieli dwie cechy – zawrotną fabułę i dużą dawkę wesołości.

Grupa znajomych opisana w krótkich historyjkach przez Maderę równiż się od tych nowojorskich nie tylko rozmachem, ale też życiowymi doświadczeniami. Gdy ich spotykamy na pierwszych stronach książki, tytułowi przyjaciele mają w większości poukładane życie lub kolejne dziecko w drodze. Mimo jednak pozornej stabilizacji nie rezygnują z uroków życia z krakowskim Kazimierzem w tle. Nie ma więc światobliwych Matek Polek, za to są młode i pełne energii kobiety, które liczny narybek zawsze mogą podrzucić dziadkom, aby razem z przyjaciółmi rozważyć dalsze życiowe posunięcia nad głębszymi w tajemniczej knajpie „Smutny Banaś”.

Proza życia do obśmiania

A mają nad czym rozważać – Madera kumuluje w swojej powieści różnorakie problemy wieku jeszcze nie średniego, ale już nie młodzieńczego. W przeważnie wesołej fabule znajduje więc miejsce dla romansów na boku, walki z nowotworem oraz miłosnych rozterek, które mimo upływu lat nadal pozostają aktualne. Przez szpary do tego wesołego cyrku dziera się również proza życia – zasmarkane nosy dzieci, nie zawsze funkcjonujące bajkowo małżeństwa, czasami dno pustej kieszeni. Wszystkie te zasmucajace sytuacje są jednak dla autorki pretekstem, by krzyknąć ustami narratorki: dobrze się żyje!

Absurdalne historie, które przytrafiają się bohaterom ściśle splatają się z sytuacjami „nie do ogarnięcia”, które często i gęsto prezentuje polska rzeczywistość. Złośliwi urzędnicy, marudni sąsiedzi oraz przesadnie poważni krewni – to wszystko zostaje uleczone śmiechem i przetworzone w szereg zabawnych sytuacji.

Będę tutaj dla ciebie

Madera stara się udowodnić w swojej lekko napisanej powieści, że przybywające dzieci i kilogramy nie są wymówką dla utraty poczucia humoru, więc śmiejmy się na zdrowie i wychylmy za to jeszcze kielicha. A kiedy zdrowy śmiech już nam nie pomoże, to przecież mamy tych Przyjaciół przez duże Pe, którzy zawsze zjawią się jak na zawołanie w Smutnym Banasiu, by otrzeć łzy i ukradkiem wypalić papierosa. Może Kraków to nie Nowy Jork, a na spotkania w knajpach nie zawsze jest czas i pieniądz, ale powieść Madery jest jak kawałek mlecznej czekolady. Może to przyjemność krótkotrwała, ale jej smaku długo się nie zapomina.