Drapieżne ptaki i psy na krakowskim lotnisku. Sławomir Pawłowski: Ta praca chyba nie ma żadnych wad
Lotnisko w Balicach to teren mierzący przeszło 300 hektarów. Gdzie okiem sięgnąć – piękne, zadbane łąki. Czy ptakom potrzeba czegoś więcej? Oczywiście, że nie, dlatego na co dzień można tu spotkać około 90 różnych gatunków. Naturalnie są tu słynne krakowskie gołębie, gawrony, kawki, szpaki, ale i również nieco większe ptaki, jak np. mewy czy też bociany. Tak naprawdę nie ma znaczenia, czy są one małe, czy też duże, ponieważ każde z nich jest realnym zagrożeniem dla startujących i lądujących samolotów. Jak zatem sobie z nimi poradzić? Tu z odpowiedzią przychodzi sama natura, w tym wypadku delikatnie wspierana przez człowieka.
Ptaki na etacie
Mimo początkowych obaw, w 2008 roku lotnisko zdecydowało się zatrudnić sokolnika. Dzisiaj jedną z głównych ról w tej historii gra Sławomir Pawłowski. Sokolnictwo to jego pasja, którą rozwija od wielu długich lat. Ze swoim kolegą, również sokolnikiem, z którym dzisiaj pracuje na lotnisku, poznał się przed laty w Kanadzie. Pracowali na plantacjach owocowych, płosząc ptaki. I tak ta znajomość rozwinęła się przez lata, że dzisiaj dzielą dyżury na lotnisku.
– Moje początki pracy w Balicach były bardzo ciężkie. Otóż dzikie ptaki doskonale znały harmonogram dnia pracy sokolnika, który przez lata pracował tutaj sam. Ja wkraczałem do akcji po jego godzinach pracy i to, co wtedy się działo, to był prawdziwy armagedon. Ptaki niemal co do minuty po jego odjeździe zaczynały tu szaleństwo, bo wiedziały, że już nikt ich nie pilnuje. Przez pierwsze dwa-trzy lata musiałem się nieźle nagimnastykować, by im udowodnić, że porządki nieco się zmieniły – mówi nam sokolnik, który na krakowskim lotnisku pracuje od 2010 roku.
Najwięcej pracy jest, gdy…
– Bywają dni, że pracy jest naprawdę niewiele. Jednak najgorzej jest wtedy, gdy pada, czyli wiosną i jesienią, albo po prostu w deszczowe lato. Wtedy pojawia się więcej owadów, a co za tym idzie, i ptaków. Bywają wtedy takie dni, że naprawdę dyżury tutaj są bardzo wymagające – tłumaczy sokolnik.
Ona widziała początki sokolnictwa na krakowskim lotnisku
– W naszym lotniskowym zespole mamy jedenaście ptaków. Jest ich akurat tyle, by w razie choroby czy też chwilowej niedyspozycji któregoś z nich zawsze było jakieś zastępstwo. Kilka z nich pracuje wyłącznie zimą, jak np. Białozór, a reszta głównie latem. Oczywiście mamy zarówno młodsze, jak i nieco starsze ptaki, ale na szczególną uwagę zasługuje nasza lotniskowa ptasia seniorka, która jest z nami od początków sokolnictwa w tym miejscu – mówi Pawłowski.
Standardowo ptaki pracują od trzech do pięciu godzin dziennie. Pozostały czas spędzają w specjalnych wolierach, które znajdują się na terenie lotniska. – Teraz mamy lato, więc pracuje pięć ptaków. Ja na ten moment działam z trzema, a mój kolega z dwoma – wyjaśnia sokolnik.
Jak również tłumaczy, ptaki trafiają w ręce lotniskowych sokolników, gdy mają około dwóch miesięcy. Ich przygotowanie do „etatowej pracy” na lotnisku trwa nieco ponad miesiąc. – Ptaki, które do nas trafiają, są zupełnie dzikie i nie potrafią jeszcze latać. Nie znają człowieka. Naszym zadaniem jest je oswoić i wszystkiego nauczyć. W międzyczasie musimy też ocenić, czy będą się nadawały do tej pracy. Co prawda zdarza się to bardzo rzadko, ale mimo wszystko czasami pojawiają się ptaki bardzo krnąbrne i zwichrowane psychicznie. Około 80 procent ptaków, które do nas trafiają, nadaje się do tej pracy. Nie możemy sobie pozwolić na to, by mieć w zespole ptaka, który będzie miał swoje humory. Czasami musimy szybko działać i przede wszystkim mieć pewność co do tych zwierząt – mówi Pawłowski.
Sokolnik zaznacza, że kluczowe jest wypracowanie pewnego poziomu zaufania, którym ptak obdarzy człowieka. – To my dajemy im tutaj poczucie bezpieczeństwa, karmimy je, otaczamy opieką. Zdarza się tak, że dany ptak zupełnie inaczej później pracuje, np. ze mną niż z moim kolegą. On również w pewien sposób się do nas przyzwyczaja, szczególnie do naszych indywidualnych ruchów. Bywa tak, że dany ptak chce pracować tylko z tą osobą, która go szkoliła – dodaje.
Kolejnym krokiem tej nauki jest bardzo trudne zadanie, czyli nauczenie ptaka, by powracał do sokolnika. – Musimy wypracować w nim ten mechanizm, żeby po puszczeniu na wolność wrócił do nas. Niestety, takie to nasze ryzyko zawodowe, że czasami ptak wybierze swoją drogę… – tłumaczy Pawłowski. Po takim okresie nauki ptaki przez ok. 3-4 miesiące nabierają tężyzny fizycznej i uczą się operować z konkretnymi prądami powietrznymi.
„Przejechałem prawie 400 kilometrów”
– Ptak czasami poczuje zew wolności i oczywiście musimy się z tym liczyć. Czasami zdarza się tak, że postanowi on zaznać wolności. I właśnie taka sytuacja kiedyś mnie spotkała. Przez kilka dni jeździłem po Krakowie i jego okolicach. Łącznie przejechałem blisko 400 kilometrów. Cierpliwość się opłaciła, bo znalazłem uciekiniera, który pokornie ze mną wrócił do dalszej pracy na lotnisku – opowiada Pawłowski.
To, jak ptak zachowa się po wypuszczeniu, nigdy nie jest do przewidzenia. – Sokoły to drapieżne ptaki, które – gdy zachodzi taka potrzeba – latają lotem ciągłym. One są znane z tego, że polują z lotu pikującego. Te ptaki muszą latać, dlatego gdy oddalają się na 100, 200, a nawet 300 metrów – to nic złego. Aczkolwiek raz miałem takiego gagatka, który zupełnie znikał mi z pola widzenia i tylko co jakiś czas widziałem, jak z różnych stron lotniska podrywały się całe grupki ptaków przez niego wypłaszane. Z kolei jastrzębie to ptaki, które latają od gałęzi do gałęzi, czyli w naszym przypadku – od samochodu do samochodu i do ręki. One maksymalnie oddalają się na 50-150 metrów – tłumaczy.
Prawda jest taka, że ptaki, które pracują na lotnisku, głównie są po to, by groźnie wyglądać, a nie polować. – Ich zadaniem jest pokazanie innym, że są tutaj obecne i mają coś do powiedzenia. One nie polują na mniejsze ptaki, ale je wypłaszają – zaznacza.
Pies u boku sokolnika
U boku sokolnika jest również pies o imieniu Aro, który nie opuszcza go niemal na krok. Jaka jest jego rola na lotnisku? – Głównie zajmuje się wypłaszaniem większych zwierząt, gania za większymi ptakami, jak chociażby bocianami, łabędziami, czaplami czy też gęsiami. Kiedyś na lotnisku bywały sarny czy dziki, teraz już się ich nie widuje – wyjaśnia Pawłowski. Aro jednak nie mieszka na terenie lotniska tak, jak ptaki. Po każdym dniu ciężkiej pracy wraca ze swoim właścicielem, by wygodnie wyspać się na kanapie i wypocząć przed kolejnym dniem pełnym wrażeń.
Tej pracy nie da się nie lubić
– Bardzo lubię tę pracę przez to, że mam ciągły kontakt z naturą, a zarazem nieco mniej kontaktu z człowiekiem. Może trochę to brzmi zabawnie, ale już wytłumaczę, o co mi chodzi. Reakcje zwierząt są naturalne i bardzo proste. Nie ma tu niczego udawanego. Człowiek umie sobie troszkę te reakcje wcześniej przygotować i sztucznie przedstawić. Zwierzęta, z którymi pracuję, tego nie mają. W ich przypadku wszystko jest bardzo proste. Gdy pojawia się strach, to jest strach, gdy szczęście – to szczęście, a gdy złość – to po prostu złość. Nic pomiędzy. Człowiek się w tym wszystkim hamuje i ukrywa, zwierzęta nie – opowiada Pawłowski. – Mnie to wszystko wystarcza, by być szczęśliwym w tej pracy. Jeśli zaś chodzi o wady… Oczywiście czasami doskwiera pogoda, czy to wielki upał, czy też siarczysty mróz. Jednak mimo to ja żadnych wad tej pracy nie widzę – podsumowuje.