Dwa życia oddzielone kilkutygodniowym snem. Mateusz Kornecki: Chcę, by ten wypadek przełożył się na coś dobrego

Może chwila nieuwagi, a może po prostu zwykły pech sprawił, że życie Mateusza i jego bliskich zaczęło płynąć zupełnie innym tempem. Gdy zapadł w śpiączkę, jego bliscy odchodzili od zmysłów, jak sprawić, by znów do nich wrócił. Dzisiaj sami edukują tych, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji.

Każdego dnia, jak gdyby nigdy nic wychodzimy do pracy, na uczelnię, zrobić zakupy… i nawet nie przechodzi nam przez myśl, że może się przydarzyć coś, co postawi nasze życie na głowie. Tak właśnie było w przypadku Mateusza Korneckiego, który dokładnie 19 lipca 2022 roku wybrał się na swój rutynowy trening jazdy rowerem w lesie.

Uczyłem się wtedy skoków – mówi nam. Miał u boku swego trenera, na głowie kask i mimo wszystko stało się coś niespodziewanego. – Coś wtedy po prostu nie pykło. Zacząłem upadać i nie chciałem porysować mojego roweru, dlatego zasłoniłem go głową – opowiada nam półżartem Mateusz, a na jego twarzy pojawia się wielki uśmiech.

Niestety nie była to wesoła historia. Co było dalej? Mateusz nie jest już w stanie sam nam tego opowiedzieć, ponieważ nic nie pamięta. – Ulepiłem w swojej głowie tę historię z informacji, które przekazywali mi inni. Sam niczego nie pamiętam – mówi.

Dlatego pytamy Justynę Kornecką – wówczas dziewczynę Mateusza, a teraz już żonę – jak to było obserwować te wszystkie wydarzenia z boku. – Chciałabym powiedzieć, że widziałam to wszystko z boku, jednak bardzo mocno w tym uczestniczyłam. Najpierw dostałam telefon od przyjaciela Mateusza, który trenował z nim tego dnia w lesie. Powiedział mi, że Mateusz miał wypadek, że jest nieprzytomny, że jadą do szpitala. Powiedział mi – jest źle – opowiada nam Justyna.

Wszystko działo się tak nagle

Później wszystko działo się już w zawrotnym tempie. – Wybiegłam z pracy. Pojechałam prosto do szpitala. To właśnie tam poznałam rodziców Mateusza. Byliśmy parą dopiero od ok. trzech miesięcy, dlatego wcześniej nie było jeszcze okazji się poznać. Wszyscy byliśmy w ogromnym szoku. Każdy chciał tam wtedy być i wspierać – wylicza. Dalej Justyna mówi nam też, że wszystkie te wydarzenia były dla niej bardzo traumatyczne.

– Działałam impulsywnie. Szybko pojechałam na drugi koniec Krakowa, chociażby po ładowarkę do telefonu, na gorąco robiłam listę potrzebnych zakupów, które dyktowały mi pielęgniarki – tłumaczy. To co wówczas było dla niej najważniejsze, to żeby móc jak najwięcej pomóc, choć zupełnie nie zdawała sobie sprawy z tego, co za chwile może się wydarzyć.

– Kiedy przyjechałam do szpitala, zobaczyłam, że akurat karetka przywiozła Mateusza. Na pierwszy rzut oka zupełnie nie wyglądał na kogoś, kto odniósł jakieś poważne obrażenia. Tak naprawdę nie miał nawet żadnych większych zadrapań czy siniaków. Dlatego nie zdawałam sobie wtedy sprawy z tego, jak bardzo jest źle. Nawet zaczęłam do niego mówić, że jestem, wspieram go. Jednak ratownik powiedział mi, że to zbędne, bo on mnie nie słyszy – opowiada żona Mateusza.

Kolejne godziny były najgorsze. Justyna wyjaśnia, że co jakiś czas pojawiali się lekarze z nowymi informacjami. – Przekazywali je nam stopniowo. Wówczas usłyszeliśmy, że to uraz aksonalny mózgu trzeciego stopnia. Nie mieliśmy pojęcia co to dokładnie jest, czy z tego się wychodzi, jak wygląda dalsze życie – dodaje. – Czwartego stopnia już nie ma – dopowiada Mateusz.

„W oczekiwaniu zaczęło nam brakować sił”

– Czekaliśmy. Bardzo długo czekaliśmy na to aż Mateusz się wybudzi. To trwało blisko sześć tygodni. Oczywiście zaczęły się pojawiać jakieś małe znaki. Mieliśmy świadomość, że tego typu pacjenci są w takim stanie minimalnej świadomości bodźcowej. Dlatego czytaliśmy mu jego ulubione książki, cicho puszczaliśmy muzykę, a także staraliśmy się też operować zapachami, które Mateusz dobrze znał i lubił – opowiada Justyna. Z dużym uśmiechem na twarzy dodaje, że jedną z pierwszych reakcji Mateusza był odruch na zapach świeżych malin i pizzy.

– Pamiętam, że gdy przyniosłam właśnie maliny, rozrobiłam je na waciku i podłożyłam mu pod nos, to zobaczyłam taki odruch głodnej osoby, można powiedzieć, że takiego „ciamkania”. Podobnie było z pizzą – opowiada.

– Niestety nie otrzymaliśmy wtedy takich książkowych, jasnych instrukcji co mamy robić. Szczególnie tata Mateusza bardzo dużo o tym wszystkim czytał, dlatego dowiedzieliśmy się, że właśnie tak trzeba działać, jak np. z tymi zapachami – dodaje Justyna. W międzyczasie pojawił się też rehabilitant, który pokazywał bliskim Mateusza, jakie ćwiczenia powinni wykonywać – tj. podnoszenie nogi, czy też ręki. – Mateusza stopniowo był bodźcowany i właśnie to mogło mieć tak duży wpływ na to, w jakim stanie jest teraz – dodaje.

„Dawał znaki, ale nie nam”

Justyna opowiada nam, że większość reakcji Mateusza wówczas pojawiało się, gdy jego bliskich nie było obok. Często rano pielęgniarki mówiły im, że chłopak powiedział – dzień dobry. – Byliśmy trochę sfrustrowani, dlaczego on tych znaków nie daje nam. Dlaczego dzieje się to przy obcych osobach – mówi Justyna. Po pewnym czasie takiego znaku doczekała się też mama Mateusza, Iwona Sitnik-Kornecka.

Nie byłam wtedy pewna, czy to są jego świadome ruchy, czy też nie. Pewnego dnia dotykał koniuszkiem palca mojego paznokcia. Zapytałam go – czy ty bawisz się moim paznokciem? A Mateusza tylko odpowiedział – mhm – mówi nam jego mama. W międzyczasie Mateusza zaczął też samodzielnie pić. Jego bliscy przez cały czas nie mieli jednak pewności, czy są to zwykłe, naturalne odruchy, czy może stopniowy powrót świadomości.

W końcu nadeszła wyczekiwana odpowiedź

Każdy, nawet najmniejszy odruch Mateusza napawał jego bliskich wielką nadzieją. Jednak najbardziej wyczekiwali oni w pełni świadomej odpowiedzi – tzn. np. wykonania jakiejś komendy. I w końcu ta w pełni świadoma odpowiedź ze strony Mateusza nadeszła. Po sześciu tygodniach. – To nie jest tak, jak na filmach, że pacjent nagle otwiera oczy, zaczyna mówić i wstaje z łóżka. Niestety nie – mówi mama Mateusza. W przypadku rodziny Korneckich to był niezwykle symboliczny i wzruszający gest, który był adresowany do Justyny.

– Pamiętam ten dzień doskonale. Przyszłam do szpitala bardzo zmęczona. Usiadłam przy łóżku Mateusza i powiedziałam do niego, że potrzebuję przytulasa. I wtedy on zarzucił ramię na moją szyję. Przytulił mnie – wspomina Justyna. Wtedy było już pewne, że Mateusz wrócił.

U każdego pacjenta ten proces może wyglądać zupełnie inaczej. Jedna osoba może się obudzić i powiedzieć – gdzie ja jestem, a u kogoś innego będą to małe gesty, tak jak u Mateusza.

– Wtedy właśnie nadszedł czas na koniec spanka – mówi z uśmiechem Mateusz.

Później wśród trudów wracania do codzienności było wiele zabawnych momentów. – Obawiam się, że pierwszym słowem, które powiedział Mateusz było przekleństwo – mówi Justyna. – A nawet więcej, Mateusz powiedział pani doktor, że jest wredna! – dodaje z uśmiechem mama chłopaka. – Mi się wydaje, że powiedziałem jej, że jest czarownicą – podsumowuje Mateusz. Dzisiaj każde z nich potrafi o tym wszystkim opowiadać z uśmiechem, jednak droga, którą przeszli, wcale do zabawnych nie należała.

Następnie przyszedł czas na rehabilitację, która trwa do dzisiaj. – I będzie trwała pewnie do końca świata i jeden dzień dłużej – mówi Iwona Sitnik-Kornecka. Krok po kroku Mateusz na nowo uczył się siedzieć, chodzić, mówić… Te ćwiczenia trwają cały czas. – Mam czasami momenty, że się potknę, albo w coś uderzę ręką. Cały czas ćwiczę oczy w domu. To, co sprawia mi również trudności to mówienie, które nie zawsze jest zrozumiałe, szczególnie gdy mówię zbyt szybko – dodaje Mateusz.

Mimo że powrót do sprawności to bardzo mozolna praca, Mateusz nie szuka dróg na skróty i znów z odwagą wsiada na rower, czy też wspina się na ściance. – W tym roku wybieram się nawet na organizowany po raz pierwszy puchar wspinaczkowy dla osób z niepełnosprawnościami – dodaje.

Obawy ciągle się pojawiają

– W naszych głowach ciągle są jakieś obawy o to, co Mateusz robi i jak sobie z tym poradzi. Całkiem niedawno chciał sam pojechać do szpitala na konsultację u specjalisty. Chociaż to nie jest sport wyczynowy to miałam delikatne obawy, że sam będzie jechał z Zabłocia na ul. Wrocławską. Martwiłam się tym mocno, chciałam go zawieźć. Po krótkiej wymianie zdań, krakowskim targiem poszliśmy na kompromis i pojechaliśmy razem tramwajem. Chociaż ja byłam tam tylko jakby duchem – mówi nam Justyna.

Chcą pomagać innym

Gdyby nie wszystkie przeżycia rodziny Korneckich z minionych kilku lat, zapewne dzisiaj nie pracowaliby nad kilkoma ważnymi projektami, które właśnie wchodzą w życie. – Jednym z takich pomysłów było utworzenie Stowarzyszenia „Tam i z Powrotem”. Przed rokiem Mateusz zaczął tworzyć aplikację do ćwiczeń oczu. I właśnie wtedy pomyśleliśmy, że jest to dobra okazja do tego, żeby robić dobre rzeczy na większą skalę. Później pojawił się też pomysł stworzenia „Przewodnika dla bliskich i rodzin osób po urazach mózgu” – mówi Justyna.

Aktualnie przewodnik jest dostępny w formie mobilnej. Można go znaleźć na stronie stowarzyszenia. W przyszłości zostanie również wydrukowany, dzięki czemu będzie dostępny dla większej liczby osób.

W środę, 30 lipca przewodnik trafił do pierwszego szpitala. Nieprzypadkowo jest to 5 Wojskowy Szpital Kliniczny z Polikliniką SPZOZ w Krakowie, czyli miejsce, gdzie trwała walka o życie Mateusza. Docelowo marzeniem mężczyzny i jego bliskich jest, by poradnik był dostępny w każdym szpitalu w Polsce. Co więcej, rodzina Korneckich chce również stworzyć mapę ośrodków rehabilitacyjnych oraz bezpłatną wersję aplikacji Tree Frog Vision do ćwiczenia oczu.



– Kluczowe jest również tworzenie grup wsparcia i bazy informacyjnej dla bliskich i rodzin osób po urazie mózgu – tłumaczy Iwona Sitnik-Kornecka. – Bo można narzekać, że w życiu jest czasem mocno pod górę. Można też każdego dnia próbować coś zmienić – dodaje.

– Chcemy pomóc tysiącom rodzin w najtrudniejszych momentach życia. Niech ta energia z nami zostanie, bo to dopiero pierwszy z setek szpitali, do których chcemy dotrzeć – mówi Justyna. – Chcę, by ten wypadek przełożył się na coś dobrego – podsumowuje Mateusz.