Dziki opanowały Kraków. Specjalne zagrody w mieście? „To utopijna wizja”

W czwartkowe popołudnie na krakowskich Klinach locha przewróciła wózek z rocznym dzieckiem. Maluch trafił do szpitala. Eksperci ostrzegają: populacja dzików w mieście całkowicie wymyka się spod kontroli.

Jak informowaliśmy już wcześniej, do zdarzenia doszło w czwartek przed godziną 17 w rejonie kościoła pw. Rafała Kalinowskiego na osiedlu Kliny‑Zacisze. Według relacji świadka, który rozmawiał z naszą redakcją, na alejce nagle pojawiła się locha z młodymi i ruszyła wprost na wózek z rocznym dzieckiem.

– Wywróciła cały wózek – relacjonował.

Decyzją ratowników medycznych maluch został przetransportowany do szpitala na dalsze badania.

Dziki nagrane na fotopułapce w Krakowie
Dziki nagrane na fotopułapce w Krakowie

Gigantyczna liczba zgłoszeń

Wojciech Włosiński z Koła Łowieckiego „Podwawelskie” w rozmowie z LoveKraków.pl zaznacza, że liczba zgłoszeń dotyczących dzików jest gigantyczna. – To dotyczy całego Krakowa. Od Żabińca, przez Kliny – tam gdzie miał miejsce ten wypadek, na ul. Kaszubskiego, Kamedulskiej, Malczewskiego, Salwatorze – wylicza.

Gorzko też kwituje: – Trzeba to powiedzieć wprost, że bezczynność miasta w tej sprawie jest skandaliczna. Tak samo jak bezczynność i brak wiedzy Rzecznika ds. Zwierząt Sabiny Janeczko. Ich nie ma w terenie. Nie wiedzą jak to wszystko wygląda. Ja jestem codziennie, rozmawiam z ludźmi, odbieram setki telefonów. Od pierwszego kwietnia nasze koło upolowało już 105 dzików. W zeszłym sezonie było to 570 sztuk – wylicza.

Jednak trzeba pamiętać, że w Krakowie nie wszędzie można polować. – W większości zgłoszeń nie możemy nic zrobić, bo nie są spełnione warunki związane z polowaniem. Jesteśmy jednym z nielicznych miast w Polsce, gdzie właśnie na jego terenie obowiązuje obwód łowiecki. To jest istotne, ponieważ np. Warszawa nie ma obwodu łowieckiego w środku miasta – mówi.

Jedni nas [myśliwych przyp. red.] przeganiają, bo są tzw. sympatykami zwierzyny. Ci z kolei, którzy mają szkody przez nią wyrządzone, mają zupełnie inne podejście do sprawy
Wojciech Włosiński
Dziki nagrane na fotopułapce w Krakowie
Dziki nagrane na fotopułapce w Krakowie

Takich przypadków nie było zbyt wiele

Większość groźnych incydentów z udziałem dzików w przestrzeni miejskiej wynika ze specyficznych, skrajnych uwarunkowań lub z naturalnego instynktu obronnego zwierząt – mówi z kolei Tomasz Ciepły, Łowczy Okręgowy w Krakowie.

Jeśli chodzi o przypadki agresji dzików wobec ludzi w Krakowie czy okolicach, wspomina sytuację, do której doszło w rejonie jednej z galerii handlowych. Potężny dzik poturbował wówczas kilka osób, a jeden z mężczyzn doznał wstrząsu mózgu. Jak wykazała późniejsza obdukcja, dzik ten był wcześniej potrącony przez samochód

Choć na jego ciele nie było widać otwartych ran, uraz głowy wywołał u niego zaburzenia błędnika, oszołomienie lub jakieś halucynacje. Przerażony, ranny i przyparty do muru w centrum miasta, stracił naturalny odruch ucieczki przed człowiekiem i zaczął reagować agresją
Tomasz Ciepły

Jak zaznacza, o wiele częściej notuje się jednak incydenty z udziałem psów

– O ile psa na smyczy można kontrolować i w porę zawrócić, o tyle zwierzęta puszczone luzem – zwłaszcza te, które widzą dzika po raz pierwszy – podchodzą do niego z ciekawością. Jeśli po drugiej stronie znajduje się locha z warchlakami, sytuacja staje się skrajnie niebezpieczna. Dla samicy pies jest drapieżnikiem. W obronie potomstwa locha stawia wszystko na jedną kartę i potrafi walczyć na oślep, bez względu na własne bezpieczeństwo – wyjaśnia.

Nie znam szczegółów tej sytuacji, do której doszło teraz na Klinach, jednak trzeba wiedzieć, że z biologicznego punktu widzenia locha rzadko atakuje ludzi z czystej premedytacji. Gdyby jej celem było wyrządzenie realnej krzywdy, po przewróceniu wózka nie odeszłaby, lecz tratowała i gryzła
Tomasz Ciepły

Jak tłumaczy, w tej sytuacji można jedynie domniemywać, że zadziałał na nią np. jakiś konkretny dźwięk – np. płacz dziecka – lub szelest. – Mogło być też tak, że po prostu wózek z dzieckiem znalazł się na linii jej gwałtownego biegu i siłą rozpędu przewróciła go – dodaje.

Ogłoszenie w jednym z krakowskich bloków
Ogłoszenie w jednym z krakowskich bloków

Trudny początek roku

Łowczy wylicza też, że skala problemu z dziką zwierzyną w Krakowie systematycznie rośnie. 

– Obserwujemy to po wciąż rosnącej liczbie zgłoszeń od mieszkańców. Początek roku był pod tym względem wyjątkowo trudny. Przez mroźną zimę i chłodną wiosnę wegetacja roślin i kukurydzy na polach uległa opóźnieniu. Lochy nie miały naturalnych warunków i osłony do zakładania barłogów, dlatego masowo wchodziły do miejskich ogrodów, szukając schronienia m.in. pod przydomowymi świerkami – opowiada.

Tomasz Ciepły nie ma wątpliwości, że wciąż bardzo istotną rolę odgrywa w tej sytuacji edukacja

– Radzimy mieszkańcom, aby przeczekali ten czas, aż odchowane pasiaki będą na tyle silne, by locha mogła je wyprowadzić z powrotem do lasu. Obecnie telefony od przerażonych Krakowian spływają falami, zazwyczaj o poranku, tuż po niespokojnej nocy. Przykładem jest niedawne zgłoszenie ze Skotnik, gdzie wataha zniszczyła ogrodzenie nowej posesji i rozbiła kontenery na śmieci w poszukiwaniu pożywienia – wylicza.

Niestety, system przyjmowania tych zgłoszeń w mieście kuleje. Mieszkańcy szukający pomocy są błędnie przekierowywani przez urzędników czy Straż Miejską do kół łowieckich lub administracji, która nie ma uprawnień by interweniować w terenie zabudowanym
Łowczy Okręgowy w Krakowie
Dzik
Dzik

Odłownie nie są dobrym rozwiązaniem?

– Trudno jednoznacznie ocenić, co dokładnie zaszło w psychice zwierzęcia podczas tego konkretnego incydentu. W biologii znamy standardowe scenariusze: dzik uderza w ogrodzenie i w panice biega na oślep, co ludzie błędnie biorą za atak; ranny w wypadku osobnik broni się przed próbą pomocy; albo locha instynktownie staje w obronie młodych – wylicza prof. Marek Wajdzik z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie.

Dalej zaznacza, że incydent, do którego doszło w czwartek to „jasny sygnał, że populacja dzików w Krakowie wymyka się spod kontroli”.

– Aż strach pomyśleć, jak wyglądałoby miasto, gdyby nie regularne działania myśliwych. Same ulotki rozwieszane w blokach już nie wystarczą, musimy podejść do problemu znacznie szerzej. Nie ze wszystkim jednak potrafię się zgodzić. Trudno akceptować mi obecną praktykę, w której odłowione w mieście dziki są uśmiercane, a ich tusze utylizowane. Tradycja uczy szacunku do zwierzyny – jeśli już musimy odebrać jej życie, to upolowane zwierzę należy w pełni spożytkować, a nie traktować jak odpad biologiczny – mówi.

Z drugiej strony, forsowane przez przeciwników odstrzału metody alternatywne okazują się kompletnie nieskuteczne. Środki chemiczne czy odstraszacze zapachowe nie przynoszą rezultatów. Dziki bez problemu penetrują miasto, korzystając z koryt rzecznych. Samych cieków wodnych nie sposób przecież zabudować
Prof. Wajdzik

Dalej wskazuje, że obecnie mamy do czynienia z najbardziej dynamicznym i niebezpiecznym czasem, gdy lochy wychowują swoje młode.

Czy zatem radą dla mieszkańców ma być obecnie całkowita rezygnacja ze spacerów po krakowskich parkach? 

– Absolutnie nie. Kluczem jest jednak bezwzględne unikanie kontaktu ze zwierzętami. Ludzie nadal zachowują się skrajnie nieodpowiedzialnie. Niedawno oglądałem nagranie, na którym mężczyzna rozmawiający przez telefon komórkowy beztrosko wyciąga rękę do dwuletniego dzika. Taki człowiek nie ma pojęcia, że to potężne zwierzę wszystkożerne ma tak ogromny uścisk szczęki, grubą czaszkę i silnie umięśniony korpus, że z jego dłoni mogłaby zostać miazga – tłumaczy.

Dziki nagrane na fotopułapce w Krakowie
Dziki nagrane na fotopułapce w Krakowie

„To czysta fikcja”

Prof. Wajdzik również nie ma wątpliwości co do tego, że bardzo ważna jest rzetelna edukacja.

– Pomysły proponowane przez internetowych aktywistów, którzy nigdy nie mieli kontaktu z dzikim zwierzęciem, to czysta fikcja. Pojawiły się w Krakowie głosy, by zamiast likwidacji, odławiać dziki i zamykać je w specjalnych zagrodach – opowiada.

Przeanalizujmy to logicznie: przy stadzie liczącym ok. 300 osobników, zachowanie reżimu sanitarnego oraz norm dobrostanu wymagałoby ogrodzenia gigantycznego obszaru miejskiego, który w krótkim czasie zostałby skażony odchodami. Koszt ich utrzymania byłby astronomiczny – przy założeniu, że jeden dzik zjada około 3 kilogramów karmy dziennie, codziennie trzeba by dostarczać tam tonę pożywienia. Do tego dochodzi zatrudnienie kilkunastu osób do stałej obsługi, odgradzanie sztuk agresywnych i opieka weterynaryjna. To utopijna wizja, której z powodów logistycznych i finansowych nie da się nawet racjonalnie skomentować – podsumowuje.