E jak epidemia, p jak porażka. Cracovia przegrała piąty mecz z rzędu w lidze
Gospodarze byli lepsi, ale nieskuteczność i odrobina pecha przeważyły o wygranej Jagiellonii w Krakowie 1:0.
Kraków czekał na ligowe spotkanie od 8 marca, czyli meczu Wisły z Lechem. Starcie Cracovii z Jagiellonią toczyło się w towarzystwie słów na literę „e”. Wróciła ekstraklasa, choć musiała pogodzić się z epidemią. Dziennikarze i fotoreporterzy, którzy w mniejszej, niż zwykle, liczbie mogli przyjść na spotkanie, nie mieli dostępu do trybuny prasowej i strefy za bramkami. Udostępniono nam sektor E, nie mogliśmy mieć kontaktu nawet z biurem prasowym gospodarzy. Mogliśmy się też poczuć elitarnie, bo poza głównymi bohaterami, bylliśmy jednymi z nielicznych, którzy mogli obserwować zmagania na stadionie.
Media nie mogły liczyć na pulpity pod laptopy i wydrukowane składy meczowe. Kadry obu zespołów zostały nam dostarczone tylko elektronicznie. Może w obawie, że te papierowe mogłyby być „zabójcze”. Przed przekroczeniem bram obiektu każdy musiał obowiązkowo zdezynfekować ręce, a pomeczowe konferencje trenerów i piłkarzy mogliśmy śledzić za pomocą transmisji, zadając pytania przez elektroniczny formularz.
Przejmująca cisza
Panującą na obiekcie ciszę przerywała muzyka przed pierwszym gwizdkiem i w przerwie. Każda uwaga trenera, pokrzykiwanie bramkarza na obrońców i krzyk kładącego się na murawie faulowanego zawodnika niosły się echem na pustym obiekcie. Było słychać nawet samochody jeżdżące po mokrej alei Focha, którą zasłaniała nam biało-czerwona trybuna. O dziwo, po obiekcie szczególnie nie niósł się głos trenera Michała Probierza. 48-latek odpowiedzialny za formę gospodarzy nie podnosił głosu tak często, jak można było się tego spodziewać.
Szczególnie przejmujący był moment upamiętnienia pisarza Jerzego Pilcha, wielkiego fana Pasów, który zmarł w piątek. W czasie minuty ciszy było słychać każdą spadającą kroplę deszczu – symbol łez tych, których nie mogło być w niedzielę przy ulicy Kałuży.
Członkowie sztabów i obsługa meczu musieli pracować w nowej rzeczywistości. Kierownicy obu klubów sygnalizowali zmiany, a sędzia techniczny tylko sprawdzał, czy wszystko robią tak, jak trzeba. Obostrzenia muszą wejść piłkarzom w krew. Gdy arbiter odgwizdał przerwę, zawodnicy Cracovii szybkim krokiem ruszyli do szatni, ale... zostali zawróceni. W długim, nowym regulaminie spotkań jest jasno napisane, że sędziowie i drużyny wchodzą i schodzą z boiska oddzielnie.
Trzy punkty dla Jagi
Na boiskku zabrakło bramek. Cracovia zaczęła wycofana, dużą przewagę mieli goście. Przed przerwą dwie świetne szanse miał Pelle van Amersfoort, w tym pojedynek sam na sam z bramkarzem. Po przerwie trafił do siatki, ale w momencie podania był na spalonym. Chorągiewka sędziego asystenta powędrowała też w górę, gdy po podaniu byłego kapitana (Janusza Gola) trafił nowy lider Pasów (Rafael Lopes). "Setkę" zmarnował z kolei Mateusz Wdowiak, który wciąż nie może zachować zimnej krwi w polu karnym.
Jagiellonia dużo strzelała, ale przeważnie tak wysoko nad bramką, że nie stwarzała zagrożenia. Była gorsza, ale wygrała. Czarnym koniem okazał się rezerwowy Przemysław Mystkowski.
Cracovia – Jagiellonia Białystok 0:1 (0:0)
Bramka: Mystkowski (88.).
Cracovia: Pesković – Rapa, Helik, Jablonsky, Diego – Gol, Dimun (59. Wdowiak) – Rakoczy (58. Rakoczy), van Amersfoort, Hanca – Lopes.
Jagiellonia: Iliev – Wójciki, Runje, Tiru (37. Kadlec), Arsenić – Romańczuk, Pospisil – Makuszewski, Imaz (70. Borysiuk), Bida – Puljić (86. Mystkowski).
Żółte kartki: Hanca, Romańczuk, Arsenić, Runje.
Sędziował Paweł Gil (Lublin).