Fismoll - koncert na siedząco, oklaski na stojąco
Klub Studio to idealne miejsce na kameralne występy, czego najlepszym przykładem jest koncert Fismolla. Artysta z Poznania w asyście zaprzyjaźnionych muzyków zaprezentował się młodej publiczności w klubie Studio, zbierając zasłużone owacje na stojąco.
Fanów twórczości Fismolla przywitał niewielki deszcz. Sceneria wręcz wymarzona, biorąc pod uwagę jedno ze źródeł inspiracji młodego muzyka – (nie do końca tego wieczoru) złotą polską jesień. Z minuty na minutę przybywało towarzystwa i gdy koncert rozpoczął się wreszcie z lekkim opóźnieniem, sala wręcz pękała w szwach, co miło zaskoczyło nawet samego wokalistę. O nieprzyjemnej słocie za oknami można było spokojnie zapomnieć.
Arkadiusz Glensk, bo tak brzmi prawdziwe nazwisko Fismolla, nie skończył jeszcze dwudziestu wiosen, a na koncie ma więcej sukcesów, niż niejeden muzyczny wyga. Jego debiutancki album pod niebiosa wychwalała Kasia Nosowska we własnej osobie. I trzeba uczciwie przyznać, iż nie bez przyczyny, gdyż „At Glade” to prawdziwy skarb w gąszczu zupełnie przeciętnych wydawnictw, jakie zalały polski rynek muzyczny w ostatnich latach. Doskonale było to widać w każdej minucie koncertu w Klubie Studio. Fismoll nie sili się na oryginalność, nie flirtuje z komercją, jest ujmująco nieśmiały i zadziwiająco autentyczny w tym, co robi. Jego muzyka to niezwykle intymna i wyciszona podróż w głąb duszy. Podróż, której nie odbędziesz, jeśli nie zbudujesz odpowiedniego nastroju.
Podczas gdy artysta wraz ze swoim zespołem prezentował utwory z „At Glade”, na ekranach w tle wyświetlano monochromatyczne obrazy, doskonale wpisujące się w klimat albumu i samego wokalisty. Krople deszczu, opadające z drzewa liście czy topniejący śnieg to w połączeniu ze stonowanymi chwytami gitarowymi i nastrojowymi pociągnięciami smyczka prawdziwy majstersztyk. Fismolla nie słucha się w czasie jazdy autostradą czy podczas tłuczenia kotletów na obiad – tego typu muzyka wymaga wyciszenia, skupienia, odpowiedniej atmosfery. Tylko wtedy docenimy intymne piękno aranżacji, melancholijny głos wokalisty i poetyckie, bezpretensjonalne teksty.
Młoda publika, której średnia wieku nie przekraczała zapewne dwudziestu kilku lat, przybyła na koncert zaopatrzona w koce i poduszki. Całkiem słusznie, zważywszy na to, iż twórczość Fismolla jest wręcz idealnym akompaniamentem dla spokojnych, nastrojowych spotkań w gronie przyjaciół. Artysta raz za razem próbował nawiązać kontakt ze słuchaczami, choć ewidentnie nie jest jeszcze oswojony ze stale rosnącą popularnością. Nieśmiałość, a chwilami wręcz lekkie zakłopotanie, dodały mu tylko uroku.
Dla wprawnego ucha wielbiciela Fismolla wystarczy kilka taktów, aby rozpoznać ulubiony utwór. Ktoś, kto z twórczością poznaniaka styka się po raz pierwszy, ma prawo uznać, iż każda kolejna piosenka to kalka wcześniejszej i zapowiedź tego, co usłyszy za chwilę. Można jednak spojrzeć na to z innej strony – kompozycje Fismolla układają się w spójną, logiczną całość. Począwszy od nastrojowego „Trifle”, poprzez nieco bardziej dynamiczne „Look at This”, a skończywszy na uduchowionym „Song of songs”, Fismoll udowadnia, iż nie na darmo przyrównuje się go do takich sław, jak Bon Iver czy Sigor Rós. Na naszym rodzimym rynku muzycznym wciąż rządzą zespoły z nurtu (niewiele odbiegającego od) disco-polo, ze swoimi przaśnymi piosenkami i prostymi do bólu tekstami. Co za ulga, iż znalazło się też miejsce dla skromnego wrażliwca z Poznania, który nie udając nikogo, tworzy świeżą avant popową muzykę płynącą prosto z serca.
Doceniła to na pewno krakowska publiczność, która długo oklaskiwała Fismolla, domagając się występu na bis. Po ponownym wykonaniu „Trifle” w ruch poszły nawet przyniesione przez fanki poduszki, co odczytać można jako rodzaj uznania dla poznańskiego artysty. Fismoll być może czuł się speszony tego typu atencją - z całą pewnością może jednak uznać występ w Klubie Studio za wielki sukces.
Ewa Eustachiewicz
fot. Anita Grzesikowska/lovekrakow.pl