Flis: Partiom wystarczają konfitury z półki Majchrowskiego [Rozmowa]
Przeciwnicy nie potrafią wykorzystać słabości Jacka Majchrowskiego – mówi w rozmowie z LoveKraków.pl dr Jarosław Flis, socjolog.
Jakub Drath, LoveKraków.pl: Przy okazji wydarzeń z Janem Tajsterem w roli głównej stwierdził Pan, że w ten sposób prezydent Jacek Majchrowski wysyła sygnał „mogę wszystko”. Potem jednak ze swojej decyzji musiał się wycofać. Jak można ten krok interpretować?
Dr Jarosław Flis: Okazuje się, że jednak nie może wszystkiego. Przede wszystkim dlatego, że pojawiło się realne niebezpieczeństwo. Gdyby teraz faktycznie PO i PiS się dogadały, to mogłyby doprowadzić do zmiany. Pokazuje to przykład Chrzanowa, gdzie wszystkie siły w radzie, również te popierające wcześniej burmistrza, po serii jego wpadek wspólnie dążą do referendum. Ono może się odbyć razem z wyborami parlamentarnymi, a to z kolei daje bardzo dużą szansę na osiągnięcie frekwencji.
Kto zyskałby na takim kroku, gdyby został podjęty w Krakowie?
Gdyby w tej chwili PO i PiS w radzie miasta zgodnie wezwały się na udeptaną ziemię, mówiąc „odwołujemy Majchrowskiego, a potem się policzymy”, to szanse byłyby fifty-fifty. Wiadomo, że PiS jest na fali, ale czy aż takiej, żeby odnosić sukcesy w dużych miastach, tego nikt nie wie. Więc każda strona może liczyć na to, że wyjdzie z tego zwycięsko. Teoretycznie taki scenariusz jest możliwy, ale z doświadczenia wynika, że porcje konfitur z półki Majchrowskiego całkowicie im wystarczają, a liderzy partii mają teraz większe problemy na głowie, bo właśnie układane są listy wyborcze.
Różne grupy polityczne w Krakowie jeszcze niedawno zgodnie okazywały oburzenie. Zapomniały już o tym, czy przeliczyły koszty?
Decyzja o referendum wiąże się z ryzykiem powtórnych wyborów do rady miasta, a do tego się raczej nie wszystkim pali. Rada miasta może wykonać na prezydenta tylko samobójczy atak, można się go pozbyć tylko metodą kamikaze. Nie sądzę, by byli aż tak zdeterminowani. A prezydent Majchrowski owijanie ich wokół palca ćwiczy od ponad dekady. Faktem jest jednak, że jest w tej chwili w największych tarapatach od początku swoich rządów.
Czy partie mają alternatywne propozycje?
To mogłoby być o tyle interesujące, że najprawdopodobniej w obydwu partiach znajdą się posłowie, którzy się tym razem na mandat nie załapią. W PO notowania spadły, więc zmniejszy się pula mandatów, a oprócz tego pojawił się spadochroniarz. W PiS nie znamy jeszcze list, ale tam też może się zrobić tłoczno. Więc być może znaleźliby się tacy posłowie, którzy chcieliby zamiast o niepewny mandat poselski powalczyć o prezydenturę Krakowa. I być może to oni mogliby być motorami takiego wydarzenia. Na razie jednak nic na to nie wskazuje, a jak się obudzą po wyborach, to będzie za późno.
Jeśli się nie uda razem z wyborami parlamentarnymi, to szanse są nikłe?
Tak. Później wzbudzenie emocji w tak dużym mieście nie jest proste. Owszem, to się zdarzyło w Łodzi, ale trzeba być już naprawdę Jerzym Kropiwnickim, żeby sobie to zorganizować.
W sondażu dla Gazety Krakowskiej i Dziennika Polskiego prawie trzy czwarte pytanych krakowian odpowiedziało, że zagłosowałoby za odwołaniem.
Tak, ale tu najważniejsze jest pytanie o frekwencję. Rzadko się zdarza, żeby przeciwnicy odwołania wójta czy prezydenta mieli przewagę, bo wiadomo, że racjonalną strategią jest wtedy nie pójście na wybory. Te reguły w referendum są absurdalne i sprawiają, że musi się skumulować naprawdę duża determinacja tych, którzy chcą odwołania, żeby się udało.
Czy w takim razie instytucja referendum w sprawie odwołania ma sens, skoro jego przeprowadzenie graniczy z cudem?
Sens oczywiście ma, tylko jest źle skonstruowana. Widać to po objawach. Razem z matematykami wyborczymi nazwaliśmy to sobie „paradoksem bytomskim”. Miała tam miejsce taka sytuacja, że ci, którzy chcieli pozostawienia rady miejskiej, doprowadzili do jej odwołania. Wyniki się tak ułożyły, że gdyby nie poszli do głosowania, referendum byłoby nieważne. Trudno o bardziej absurdalne reguły. Wymóg powinien dotyczyć tylko głosów za odwołaniem, i nie obejmować głosów przeciwnych. Druga sprawa jest taka, że proporcje pomiędzy liczbą potrzebnych podpisów a wymogiem frekwencji są złe. Jeśli zdecydowana większość referendów kończy się porażką, to znaczy, że się je zbyt łatwo zwołuje.
Wracając do samej sytuacji prezydenta: jest w najtrudniejszej sytuacji od początku rządów, ale równocześnie może się czuć bezpiecznie.
Na to wygląda. Ta sytuacja była dla niego potencjalnie groźna. A to, że przeciwnicy nie potrafią tego wykorzystać, to już jest ich problem i problem słabości partii w Krakowie od ponad dekady.