Green ZOO - festiwal dla wszystkich, czyli dla nikogo

Tak, jak sezon koncertów muzyki niezależnej wieńczy w Krakowie Unsound, tak Green ZOO Festival go rozpoczyna. Na szczęście, mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, a jak kończy.

Sami organizatorzy przyznawali, że tegoroczna edycja jest spontaniczna. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że mało kto wierzył, iż Green ZOO Festival w ogóle się odbędzie. Stąd lineup wygląda, jakby sklejany był na siłę – nic nie trzyma się w nim kupy. Organizatorom zabrakło pomysłu i inwencji, by nawiązać do zeszłorocznego składu (m.in. Ben Caplan, Tarwater i Lower Dens), w którym postawiono przede wszystkim na klimat i melodię.

Tym razem główną rolę odgrywał przypadek, bo jak inaczej zrozumieć postawienie obok siebie, jednego wieczoru, ambientowego jamu Tundry i seta didżejskiego Ink Midget? Ci pierwsi, czyli Dawid Adrjanczyk i Krzysiek Joczyna, jeszcze jakoś pasowali do reszty wykonawców grających na Green ZOO Festival (choć o wiele bliżej im do Unsoundu, podobnie jak Piotrowi Kurkowi, który wystąpił na zakończenie festiwalu), ale popis Czecha to była już kompletnie inna bajka. W nocie biograficznej Ink Midget wiązany był przez organizatorów z Moderatem, co woła o pomstę do nieba, ale wina zostałaby im wybaczona, gdyby młodzian zaprezentował swoje autorskie utwory, którym nie odmawiam polotu. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast live’u, Czech zaczął grać zwykłego, tanecznego seta. Widok ludzi usadowionych wygodnie w fotelach i słuchających zmiksowanych przez Ableton utworów techno, electro, dubstepu i trapów był dla mnie jednym z najbardziej kuriozalnych, koncertowych doznań w życiu! „No Lie” 2 Chainza, „Out in the streets” Africa Hitech oraz bangery Paula Kalkbrennera i Gesaffelsteina obok siebie, słuchane w skupieniu przez garstkę ludzi – aż trudno to sobie wyobrazić. Przy nazwie Ink Midget powinien widnieć dopisek „dj set”, choć nie zdziwiłbym się, gdyby organizatorzy naprawdę nie widzieli potrzeby dopisywania czegokolwiek. Ja w każdym razie nie wytrzymałem tego marnego spektaklu, i po prostu z Bomby na Placu uciekłem.

A nie była to moja jedyna ucieczka podczas tego festiwalu. Na hiphopowo-elektronicznym Napszykłat wytrzymałem 15 minut, co wydaje mi się sporym osiągnięciem, zważywszy na fakt, iż umiejętności rapu Roberta Piernikowskiego są niższe, niż u Borixona. Rekordem było wybiegnięcie z koncertu hardcorowego Vera Cruz po kilkunastu sekundach ze względu na chęć ocalenia resztek słuchu. Dla porównania, na wspomnianej Tundrze wytrzymałem pełną godzinę (ale ile z tego spałem, nie pamiętam).

Jeżeli już mówimy o czasie – Kraków to leniwe miasto, gdzie nikt się nie spieszy, a kwadrans spóźnienia to wręcz dobra maniera, ale godzina opóźnienia występu Napszykłat to już po prostu brak szacunku. Żaden z koncertów, na jakim byłem, nie rozpoczął się punktualnie, a organizatorzy nawet nie zadawali sobie trudu, by ludzi za to przeprosić. No ale cóż, karnety kosztowały 70 zł, a nie 500, jak na Open’erze, więc trudno wymagać od nich punktualności, jaka panuje na gdyńskim festiwalu.

Nie będę aż tak okrutny i przyznam, że Green ZOO Festival miał też swoje pozytywne strony. Najlepiej zapamiętam wieczór spędzony w dusznej salce klubu RE (i tu nie obędzie się jednak bez kolejnego „ukłonu” w stronę organizatorów za wybór tego miejsca), gdzie każdy z trzech grających zespołów w pewien sposób pasował do drugiego. Najbardziej przypadł mi do gustu liryczny, gitarowy występ Anthony Chorale, choć i Patrick the Pan przez długie chwile cieszył me ucho. Krakowska grupa bardzo dobrze rokuje na przyszłość (co zauważyła także ekipa Mikołaja Ziółkowskiego, zapraszając ich na Babie Doły), choć muzycy muszą jeszcze trochę potrenować – był to ich dopiero drugi koncert w karierze. Jednak lepszy zespół niezgrany, niż zespół irytujący, w czym utwierdził mnie niezmiernie męczący popis Enchanted Hunters.

Jeżeli miałbym jeszcze kogoś wyróżnić, zdecydowanie stawiam na Conquering Animal Sound. Zespół, choć pochodzi ze Szkocji, brzmi jak z Islandii – być może przez stosunkową bliskość tych dwóch państw, a być może przez to, że wokalistka manierą i artykulacją małpuje Björk. Robi to jednak na tyle umiejętnie, że nie drażni, a gdy dodać do tego loopy głosu i beatboxu jak u Dub Fx’a, kolorowe kable od sprzętu, grzechotki i inne przeszkadzajki, okazuje się, że Szkotów da się z zaciekawieniem oglądać. Conquering Animal Sound grają muzykę bezczelnie wtórną, by nie powiedzieć mierną, ale koncert był przyjemny i niezobowiązujący – w sam raz na poobiednią sjestę.

Festiwal miał też swoją odnogę klubową, na której uświadczyłem Ritmo Sessuale – projekt dj-ski tworzony przez Mateo Lavagnę i Eltrona Johna. Jak przystało na tego ostatniego, było po prostu… dobrze. Ale to i tak nie zatrze niesmaku, jaki pozostał we mnie po czterech dniach spędzonych na bieganiu między klubami w oczekiwaniu na choć jeden naprawdę wartościowy występ, który w pełni mnie zadowoli. Taki moment nie nadszedł, werdykt musi być więc bezlitosny:

Jeśli nosisz okulary w grubych oprawkach, ubierasz się w second-handach (słowem – wyglądasz jak wszyscy) i pakujesz książki, których nie rozumiesz, do ekologicznej torby, oraz nie masz czasu na wyszukiwanie nowych, nieznanych artystów, tylko wolisz polegać na kimś, kto wybierze ich za ciebie, ten festiwal jest stworzony dla twojego quasi-hipsterskiego jestestwa. Mierna muzyka nie powinna ci przeszkadzać – ważne, by zaproszeni muzycy byli niszowi (czyt. anonimowi i półprofesjonalni), a liczba publiczności nie przekraczała kilkunastu osób.