Jan Hoffman: Kraków zasługuje na więcej niż promocyjne hasła o szczęściu
Aleksander Miszalski pisze o Krakowie szczęśliwym [LINK DO FELIETONU ALEKSANDRA MISZALSKIEGO TUTAJ]. Z pozoru brzmi to atrakcyjnie. Któż z nas nie chciałby mieszkać w mieście spokojnym, przyjaznym i dobrze zarządzanym? W mieście, w którym łatwiej się przemieszczać, pracować, wychowywać dzieci, prowadzić firmę, dbać o seniorów i planować przyszłość?
Tyle że miasta nie stają się szczęśliwe od pięknych deklaracji. Miasto nie jest folderem promocyjnym. Jest codziennością setek tysięcy ludzi: korkami, rachunkami, decyzjami planistycznymi, kosztami życia, sprawami urzędowymi i poczuciem, czy władza traktuje mieszkańców poważnie.
24 maja nie głosujemy nad marzeniem o dobrym Krakowie. Głosujemy nad zaufaniem do sposobu, w jaki obecna władza tym Krakowem zarządza.
A z tym zaufaniem jest dziś poważny problem. Nie dlatego, że Krakowianie nagle stali się niecierpliwi. Dlatego, że zbyt wiele spraw prowadzono tak, jakby wystarczyło ogłosić decyzję, ubrać ją w odpowiednie słowa, a potem oczekiwać od mieszkańców zrozumienia. Strefa czystego transportu, Plan Ogólny, polityka kadrowa, sposób konsultacji i odmowa publicznej debaty - to nie są drobne nieporozumienia komunikacyjne. To objawy stylu rządzenia.
Referendum nie jest „politycznym piekiełkiem”. Jest normalnym narzędziem demokracji lokalnej. Jednym z niewielu momentów, w których mieszkańcy mogą powiedzieć władzy: sprawdzamy. Sprawdzamy obietnice, sposób rozmowy z mieszkańcami, jakość decyzji i gotowość do brania za nie odpowiedzialności.
Władza, która jest pewna swoich racji, nie powinna bać się pytań. Władza, która mówi o dialogu, powinna być gotowa do debaty. Władza, która apeluje do mieszkańców, aby nie brali udziału w referendum, powinna tym bardziej wyjść i wytłumaczyć, dlaczego zasługuje na dalszy mandat.
Tymczasem zamiast debaty słyszymy opowieść o awanturze. To wygodne. Pozwala nie odpowiadać na pytania. Pozwala obywatelską kontrolę przedstawić jako polityczny atak. Pozwala sugerować, że mieszkańcy, którzy podpisali wniosek referendalny albo chcą wziąć udział w głosowaniu, są jedynie narzędziem w cudzych rękach. Nie są.
Krakowianie mają własne doświadczenia, własną ocenę sytuacji i własne powody, by rozliczać władzę. Mają prawo pytać, dlaczego zapowiadana „wielka korekta” strefy czystego transportu okazuje się korektą, w której - jak słyszymy - nie ma sensu zmieniać ani obszaru, ani norm dotyczących pojazdów. Skoro fundamenty rozwiązania mają pozostać bez zmian, mieszkańcy mają prawo zapytać, na czym ta korekta faktycznie polega. Na zmianie decyzji czy tylko na zmianie opakowania?
Mają też prawo pytać o Plan Ogólny. To dokument, który przesądzi o przyszłości Krakowa na lata: o zabudowie, zieleni, rozwoju dzielnic, wartości nieruchomości, jakości życia i kierunkach rozwoju miasta. Skoro trwają końcowe prace nad projektem, mieszkańcy mają prawo znać jego założenia. Trudno oczekiwać, by Krakowianie podejmowali decyzję o politycznej przyszłości obecnej władzy, nie znając kierunków przyjętych dla przyszłości ich własnego miasta.
Nie chodzi o to, by wszystko w Krakowie negować. To miasto ma ogromny potencjał: uczelnie, przedsiębiorców, kulturę, dzielnice z silną tożsamością, aktywnych mieszkańców i wielu uczciwych, kompetentnych urzędników, którzy mimo politycznego chaosu codziennie wykonują swoją pracę. Właśnie dlatego Kraków zasługuje na więcej niż kolejne komunikaty prasowe i promocyjne hasła o szczęściu.
Potrzebuje władzy, która nie boi się kontroli. Potrzebuje jawnych decyzji. Potrzebuje poważnej rozmowy o transporcie, planowaniu przestrzennym, finansach, usługach publicznych i jakości zarządzania. Potrzebuje prezydenta, który rozumie, że mandat od mieszkańców nie jest czekiem in blanco.
Nie twierdzę, że referendum rozwiąże wszystkie problemy Krakowa. Nie rozwiąże. Żadne głosowanie nie zastąpi codziennej, cierpliwej pracy nad miastem. Jednak to referendum powinno przypomnieć władzy rzecz podstawową: prawdziwa demokracja nie jest cykliczną dyktaturą i rządzący odpowiadają przed wyborcami za swoje decyzje.
Moim zdaniem Kraków nie potrzebuje szczęścia z folderu ani z kolejnych nagrań, które mają zastąpić realną odpowiedzialność. Potrzebuje uczciwej rozmowy, jawnych decyzji i szacunku dla mieszkańców. Czy pogląd ten jest podzielany przez dostatecznie dużą grupę mieszkańców? Przekonamy się już w najbliższą niedzielę, 24 maja 2026 r.
Jan Hoffman
Przewodniczący Grupy Mieszkańców: referendumkrk.pl, będących inicjatorem referendum w sprawie odwołania Prezydenta Aleksandra Miszalskiego i Rady Miasta Krakowa przed upływem kadencji.