Jan Piekło był uznanym dziennikarzem relacjonującym konflikt na Bałkanach, a obecnie jest dyrektorem Fundacji Współpracy Polsko-Ukraińskiej PAUCI. Udziela się także w zarządzie Baltic Business Forum. Wydany niedawno Zapach anioła jest jego debiutem powieściowym. Lovekrakow.pl patronuje spotkaniu autorskiemu, które odbędzie się 9 maja o 19:00 w galerii Onamato na ul. Brackiej 7.
W krakowskim mieszkaniu autora rozmawialiśmy m. in. o rzuceniu roli dziennikarza, współczesnych mediach i dorastaniu do opuszczenia Krakowa.
Filip Pietrek: To mogłoby się wydawać oczywiste, ale zaznaczę, że chciałbym przede wszystkim mówić o Panu i o książce. Przyglądając się dyskusji na temat Zapachu anioła odnoszę wrażenie, że musi się Pan „tłumaczyć” ze swojej reporterskiej przeszłości i ze zrezygnowania z dziennikarskiej pracy na rzecz literatury pięknej.
Jan Piekło: Jestem do dyspozycji. Od Pana zależy, jak ta rozmowa będzie poprowadzona – będę się starał odpowiadać wedle mojej najlepszej wiedzy na temat mnie samego…
Czy Pańscy koledzy z branży łatwo pogodzili się z tą decyzją?
Kochałem fach dziennikarza do momentu, gdy zacząłem relacjonować rozpad Jugosławii oraz wojnę na Bałkanach w latach '93-'95. Tam utraciłem wiarę w sens mojej misji i rolę mediów, poczułem się kompletnie bezsilny. To traumatyczne przeżycie spowodowało, że zdecydowałem się
zająć czymś zupełnie innym. Zamiast uprawiać reporterkę – postanowiłem pomagać. Związałem się z organizacją pozarządową, którą współtworzyłem przy Fundacji ZNAK w Krakowie, obecnie jestem dyrektorem Fundacji Współpracy Polsko-Ukraińskiej PAUCI.
Polacy przywykli do tego, że to im się pomaga. We wczesnych latach 90-tych tkwiliśmy wciąż w postkomunistycznej traumie, po sukcesie ruchu „Solidarności” tworzyła się w politycznych zawirowaniach trudna, niepodległa Polska. Pojechałem z pierwszym polskim konwojem pomocy humanitarnej, który dotarł w styczniu 1993 roku do oblężonego przez bośniackich Serbów Sarajewa. Chcieliśmy wesprzeć mieszkańców Jugosławii, która kiedyś była znacznie bogatszym państwem od Polski. Udowodniliśmy, przede wszystkim sami sobie, że potrafimy być solidarni z
tymi, którzy cierpią.
Skoro zdecydowałem nie pisać już reportaży, a zabrać się za powieść, pomyślałem, że dobrze byłoby osadzić narrację na planie realistycznym, podbudowując ją wątkami metafizycznymi.
Czuję, że nie powinniśmy mówić o świecie tylko w sposób empiryczny, racjonalny – że do jego zrozumienia potrzebna jest nam metafizyka.
Można przyjąć, że praca reportera jest misją – mówiąc wprost polega ona na otwieraniu oczu Czytelnikom poprzez słowo. Czy Pańska powieść może być uznana za kontynuację takiej misji?
Moje teksty reporterskie otrzymywały dobre recenzje, były drukowane w Tygodniku Powszechnym, Przekroju, tłumaczone na język angielski, szwedzki, ukraiński, potem ukazały się w formie książkowej... ale utrata wiary dotyczy nie samego pisania, ale dziennikarstwa i mediów. Niestety,
widać, i to nie tylko w Polsce, że media ulegają postępującej degeneracji. Gdyby chciało się w oparciu o przekaz polskich mediów budować obraz świata okazałby się on zupełnie przekłamany. Matka Madzi? Walka prawicy z lewicą o rząd dusz? Te refleksje spowodowały, że przestałem utożsamiać się z dziennikarstwem, zacząłem pracę w organizacji pozarządowej i wolno dojrzewałem do wypowiadania się z użyciem innej niż publicystyczna formy. Proszę zwrócić uwagę na cytat z ewangelii Św. Jana, który otwiera książkę. „Na początku było Słowo…” Słowo jest dla mnie bardzo ważne. Stąd też w Zapachu anioła metafizyka, ona pomaga zrozumieć świat.
Możemy spuentować ten temat mówiąc, że literatura jest lepszym sposobem mówienia o rzeczywistości niż publicystyka?
Na dziennikarstwo polityka i wydawcy nałożyli chomąto, by móc „ujeżdżać” media, literatura jest znacznie bardziej wolna, choć bywa, że i ona angażuje się politycznie. Na spotkaniu autorskim w Warszawie jeden z uczestników powiedział, że próbuję związać reportaż z formą literacko- metafizyczną. Nie twierdzę, że to eksperyment w zupełności udany…
Przyznaje się Pan do fascynacji Bułhakowem i jego wizją Moskwy, która przedstawiona jest w sposób realistyczny, ale też nasycona obecnością istot o rodowodzie metafizycznym. Ponadto staje się miastem-symbolem, a nawet miastem-siecią symboli. Kraków pełni bardzo podobną funkcję w Zapachu anioła.
Lerski kojarzy Kraków z miejscem, gdzie przeżył młodość, gdzie – po nieudanym małżeństwie – odnalazł kobietę życia, przy której dojrzał jako człowiek. Tu przeżył też wydarzenia stanu wojennego. Nie mniej jednak on ucieka z tego miasta, nie tylko w finalnym, apokaliptycznym etapie powieści. Ucieka z niego mentalnie dużo wcześniej. Czy to znaczy, że z czasem, w miarę dojrzewania Kraków traci na wartości?
Tak, Lerski ucieka. To bardzo słuszne spostrzeżenie. Krakowskie uczelnie produkują ogromne ilości absolwentów, których miasto nie jest w stanie zatrudnić. Przyjeżdża tu mnóstwo osób zwabionych magią tego miejsca. Wiele osób zaczyna tu karierę literacką, aktorską, reżyserską, ale prędzej czy później lądują w Warszawie lub za granicą. Kraków jest jednocześnie prowincjonalnie konserwatywny, co sprawia, że trudno tu przebić się z niezależną myślą. Miasto docenia swoich wybitnych przedstawicieli dopiero, gdy zachwyci się nimi świat albo po ich śmierci – to los Wyspiańskiego, Kantora, Pendereckiego.
Lerski w jakimś sensie nie mógł się tu realizować. Belinda z Melbourne i jej „podwójna” miłość – w sensie psychicznym, niekoniecznie fizycznym – wyrywa go z Krakowa. Z Krakowem jest dla mnie jak z Sarajewem, z którego ciągle się ucieka i ciągle do niego wraca. Może to magia tych dwóch miejsc – one zmuszają by stamtąd uciec po to, by zawsze wracać.
Zapach anioła jest debiutem powieściowym, Pańskim eksperymentem z nową formą wypowiadania się. Planuje Pan kolejne powieści czy był to raczej one-shot? Fabuła powieści wydaje się zamknięta i dopowiedziana.
Czyżby? Wydaje mi się, że wiele wątków należałoby rozwinąć, że należy im się kontynuacja. Na pewno nie zamknąłem drzwi, nie opowiedziałem jeszcze wszystkiego w Zapachu anioła. Nie wiem czy moja kolejna książka miałaby być sequelem tej czy zupełnie odrębną powieścią. Można zauważyć, że panuje wyraźna moda na trylogie, pentalogie, zwłaszcza na rynku literatury anglosaskiej. Często mówiono mi, że ta książka jest bardzo amerykańska w stylu, ciekawiłoby mnie jej przyjęcie na tamtejszym rynku.
Uważam, że gigantycznym sukcesem byłaby ekranizacja Zapachu anioła.
To zależy czy dokonaliby jej polscy czy amerykańscy twórcy. Osobiście jestem wielki fanem Hollywood i gdyby stamtąd pojawiała się propozycja, to z pewnością nie odmówiłbym.
Wierzy Pan w sens historii, w to, że może być zaprojektowana z góry? Mówiąc inaczej – czy pańska książka ma wątki historiozoficzne?
Absolutnie nie wierzę w projektowanie historii i mam wrażenie, że to dość jasno zaakcentowałem w powieści. O tym mówią kreacje postaci anielskich, ich fascynacja materią, to że z pełnym dla nas poszanowaniem uczą się funkcjonować w ludzkiej formie, która je zachwyca. Pragnąłem
pokazać, że materia, którą stworzył Bóg jest tak ważna, że będzie decydować o dalszych losach Wszechświata. Takie przesłanie można przecież także wyczytać z Biblii. Odpowiedzialność za świat spada na nas, ludzi. Może właśnie na tym polega ewolucja?