„Józefowicz, Urbańska i Kurdej-Szatan zrobili swoje” [Rozmowa]
Już w kwietniu w Teatrze Variete nowe spektakle – Variete Film Show i kolejna odsłona Nocnego Variete. O przygotowaniach do wspomnianych wydarzeń oraz o tym, dlaczego teatr dał się we znaki mieszkańcom, opowiada Agnieszka Mika, zastępca dyrektora w Teatrze Variete.
Natalia Grygny, LoveKraków.pl: Jak ocenia Pani przygotowania do dwóch premier – kolejnej odsłony Nocnego Variete i Variete Film Show?
Agnieszka Mika, Teatr Variete: Pod względem przygotowania technicznego i produkcyjnego oceniam je bardzo dobrze. Po półtora roku funkcjonowania mamy w stu procentach poukładane kwestie techniczne i administracyjne. Wszystko zaczyna działać coraz lepiej. W przypadku Variete Film Show, którego reżyserem i autorem scenariusza jest dyrektor Janusz Szydłowski, sporą rolę odgrywają multimedia i wizualizacje. Na scenie zobaczymy aktorów, którzy w większości występowali w musicalu „Legalna Blondynka”. Mamy znacznie niższy poziom stresu niż w przypadku naszej pierwszej premiery. Wszystko, poza mało znaczącymi drobiazgami, idzie zgodnie z planem i będziemy w stu procentach przygotowani. Jeżeli chodzi o Nocne Variete, również nie mam obaw. Próby w większości odbywają się w Warszawie ze względu na to, że dysponujemy jedną salą teatralną i baletową. W obu spektaklach nie ma rozbudowanej scenografii. Jak już wspominałam, podczas Variete Film Show, ważnym elementem są multimedia, a podczas Nocnego Variete dużą rolę będzie odgrywał podest i schody rewiowe. Pierwszy z wymienionych spektakli jest spektaklem pełnowymiarowym, natomiast Nocne Variete to rewia, podczas której zobaczymy Olgę Szomańską.
Jaki z dotychczasowych spektakli w Teatrze Variete zrobił na Pani największe wrażenie?
W zeszłym roku tak naprawdę zaczynaliśmy funkcjonowanie. Pierwsza premiera, czyli „Legalna Blondynka”, była spektaklem zrobionym z ogromnym rozmachem. Zaangażowaliśmy reżysera, który nie uznaje kompromisów. Mowa oczywiście o Januszu Józefowiczu, który zaadaptował scenariusz do przestrzeni teatru i miał na to świetny pomysł. Pracowaliśmy pod presją czasu i w ogromnym stresie. Na pierwszy casting zgłosiło się 700 osób – wokalistów i tancerzy. Poza tym, nie mamy największej sceny musicalowej, jaką moglibyśmy sobie wymarzyć, a to wymaga to od nas dużej elastyczności. Gdyby ktoś zajrzał za kulisy spektaklu „Legalna Blondynka”, nie uwierzyłby, że można to zrobić. Nie ma tam wiele miejsca. Kulisy wypełnia dwanaście zmian dekoracji. Wymaga to odpowiedniej organizacji i skupienia podczas spektaklu nie tylko od aktorów, ale i od obsługi technicznej. Myślę, że gdyby zapytała mnie pani za dziesięć lat o ulubiony spektakl, to zapewne odpowiem, że „Legalna Blondynka”. Dzięki niemu rozpoczęliśmy działalność. To było pierwsze wydarzenie, podczas którego te wszystkie rzeczy działały lub nie.
Jeżeli chodzi o „Przerażonego na śmierć”, czyli teatr grozy, to nie jestem fanką tego rodzaju teatru. Bardzo podoba mi się scenografia i kostiumy, ale myślę, że na ten moment to „Legalna Blondynka” jest na pierwszym miejscu.
W końcu to spektakl, który przyniósł Variete rozgłos.
Robiliśmy szerszą kampanię promocyjną niż w przypadku Variete Film Show. W pierwszym musicalu wiele zrobiły trzy znane nazwiska, czyli Józefowicz, Urbańska i Kurdej-Szatan.
Okoliczni mieszkańcy podobno narzekali na działalność teatru. Chodzi m.in. o montaż namiotu.
Mam wrażenie, że to chyba kłopot wszystkich teatrów w naszym mieście. Problem ten nie dotyczy może Teatru Słowackiego. Tak naprawdę nie mamy parkingu, ponieważ ten, którym dysponujemy, przeznaczony jest dla naszych pracowników posiadających specjalne identyfikatory upoważniające do wjazdu. Kiedy widz przybywa na spektakl, może zaparkować w strefie. Zapewne chodzi o to, że każdy poszukuje miejsca do parkowania gdziekolwiek. I to jest główny zarzut. Tak naprawdę, jeżeli mamy grupy zorganizowane i wiemy, że przyjadą one autobusem, osoby zajmujące się organizacją widowni starają się im udostępnić wówczas parking dla pracowników. Gramy głównie w weekendy, więc wtedy nie ma tutaj strefy. Zdarza się również tak, że widzowie parkują na parkingach osiedlowych, na co nie mamy już wpływu. Zapewne dlatego mieszkańcy tracą cierpliwość i informują o tym straż miejską. Nie możemy przecież pouczać widzów, gdzie mogą, a gdzie nie powinni parkować. Jeżeli jednak pada takie pytanie, informujemy, że nie dysponujemy odpowiednim miejscem. Myślę, że to takie nasze polskie i krakowskie narzekanie.
Czy zakłócana jest cisza nocna?
W przypadku „Legalnej Blondynki” hałas faktycznie mógł doskwierać mieszkańcom. Latem mieliśmy próby, które trwały czasami dłużej niż do 23. O ile sam budynek jest wygłuszony i mamy w nim klimatyzację, to pozostaje kwestia tymczasowego namiotu. Była to hala, która niczego nie wygłuszała. Wewnątrz znajdował się podest na stalowej konstrukcji, a kiedy przejeżdżała po nim 200-kilogramowa scenografia, pojawiał się hałas. Na ten moment mamy już innego rodzaju halę namiotową, która jest wygłuszona i spełnia swoją rolę – pomaga nam w funkcjonowaniu naszej niewielkiej kieszeni scenicznej.
O montażu namiotu mieszkańcy byli poinformowani mailowo. Miał on trwać od godziny 6 do 18. Mam kontakt z przedstawicielem wspólnoty mieszkaniowej odpowiedzialnej za najbliższe osiedla, dlatego też wszyscy dowiedzieli się o tym wcześniej. Zdaję sobie sprawę, że to może przeszkadzać. Po drugiej stronie osiedla znajduje się natomiast plac budowy, więc podejrzewam, że osoby mieszkające tutaj od niedawna tak naprawdę szukały spokoju, a mają hałas. Jak nie teatr, to plac budowy. Kiedy nie mamy stuprocentowego obłożenia na wydarzenia, organizacja widowni zaprasza mieszkańców i oferuje wejściówki czy tańsze bilety. Relacje te idą moim zdaniem w dobrym kierunku.
Zarzutem były również kolejki w okolicznym sklepie.
Tutaj znowu powrócę do „Legalnej Blondynki”. W samej obsadzie mieliśmy 34 osoby. Do tego dochodziło 20 pracowników technicznych. Teraz już się to nie zdarza, bo próby odbywają się w konkretnym czasie. Kiedy trwały prace z Januszem Józefowiczem, nie było określonych przerw, ponieważ to człowiek, który pracuje do uzyskania zamierzonego efektu. Kiedy pracownicy mieli dziesięć minut przerwy, to nagle w pobliskim sklepie mogło się znajdować kilkadziesiąt osób. Sytuacja ta trwała jednak miesiąc. Zarzut ten wydał mi się jednak absurdem.