Judaizmu uczę się cały czas [Rozmowa]

Przeżyła Holocaust i trudny czas socjalistycznej Polski. Zofia Radzikowska, mieszkanka Krakowa. Żydówka. Wiceprzewodnicząca organizacji „Dzieci Holocaustu”, redaktor naczelna periodyku „Jesteśmy” i aktywny członek żydowskiej społeczności (JCC) opowiada o swojej historii i towarzyszącej jej nieodłącznie religii żydowskiej. Nawet na You Tubie.

Dominik Starzyk: Pani rodzina była zaangażowana w judaizm?

Zofia Radzikowska: Z tego, co pamiętam sprzed wojny, moja mama nie była religijna, ojciec za to owszem. Często widziałam jak się modli. Został zamordowany przez nazistów. U nas w domu nie było atmosfery religijnej. Po wojnie ze Związku Radzieckiego powróciła ciotka z wujkiem. Oni również nie byli religijni, ale chodziliśmy do nich na święto pesach, na seder. Długo byłam ateistką. Po wojnie chodziłam do Tarbutu – szkoły hebrajskiej, ale to nie była szkoła religijna, tylko syjonistyczna. Mieliśmy oczywiście Tanach, hebrajską biblię, której fragmentów uczyliśmy się na pamięć. Przy czym niektóre dzieci się buntowały i nie chciały wkuwać.  Nauczyciel powiedział: „nie musicie w to wierzyć, musicie umieć!”.

Nie chciała pani wierzyć?

Nie czułam potrzeby wiązania się z religią. Tak było do momentu, kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z fundacją Laudera. Na pierwszym obozie poznałam rabina Michaela Schudricha. Był wówczas szefem Laudera w Polsce. Od paru lat pełni funkcję naczelnego rabina Polski. Fundacja ustanowiła pomoc Europie wschodniej w odbudowaniu życia żydowskiego, przysłała rabinów. Na pierwszym obozie pojawiłam się w 1992 roku. Szukałam kontaktu z organizacją Dzieci Holocaustu. To był obóz religijny. Brałam udział w modlitwach, żeby być z ludźmi. Przypomniałam sobie język hebrajski. Powoli zaczęło mnie to wciągać. W pewnym momencie wszystko sobie przyswoiłam. Nie mogłam zaprzeczać, odżegnywać się. Od tej pory uczyłam się judaizmu. Nadal jeżdżę na obozy lauderowskie.

Nauczyła się pani jak być żydówką na nowo?

Nie. Nauczyłam się religii żydowskiej. Przez całe życie zawsze wiedziałam, że jestem żydówką. Nawet w czasie wojny. Wiedziałam też, że nie wolno o tym mówić. Nigdy nie miałam problemów z tożsamością. Uczyłam się modlitw, obrzędów, zwyczajów.

Judaizm to jest coś, czego nie można wyczerpać. Dowodzi tego Tanach. To święta księga składająca się z trzech części: Tory, pism proroków oraz pism rozmaitych. Torę czyta się jak ewangelię w kościele: przez cały rok. W synagodze słowa z niej pochodzące wygłaszane są co sobotę. Tanach odczytuje się bez końca. A do tego dochodzi interpretacja. To właśnie z Tanachu pochodzi zbiór żydowskich praw, czyli Talmud.

To właśnie interpretacje świętej księgi możemy zobaczyć w pani wykonaniu.

W ramach internetowej serii „What’s the parsha, Pani Zosia” wygłaszam co tydzień parszę (fragment – przyp. red.) z Tory. Dla całego świata. Ostatnio turystka z USA powiedziała, że seria jest znana za oceanem i cieszy się popularnością. Rzecz w tym, że w każdym takim fragmencie tekstu pojawia się mnóstwo problemów, a ja mam tylko parę minut na nagranie. Wobec tego wiele muszę skracać.

Cały czas mieszka pani w Krakowie?

Nieprzerwanie, za wyjątkiem czasów, kiedy wraz z mamą skrywałam się na wsi na aryjskich papierach. Po wojnie wróciliśmy do Krakowa.

Jak zmieniał się żydowski Kraków?

Zmieniał się kolosalnie. W dawnych czasach nie przychodziłam na Kazimierz. Z wyjątkiem dwóch lat szkoły, która znajdowała się w teraźniejszej siedzibie gminy żydowskiej. Na Kazimierzu pojawiłam się ponownie w latach 90., kiedy ruszały pierwsze festiwale kultury żydowskiej. Zaczęłam wówczas szukać kontaktów. Zapisałam się do Dzieci Holocaustu. Chciałam wrócić do środowiska żydowskiego. Wstąpiłam do gminy żydowskiej.

Jak wyglądała sytuacja żydów po wojnie?

Nie brałam w tym udziału. Rodzice nie mówili o tym głośno. Z wiadomości wiem, że po wojnie wróciło 2000 tysiące żydów. Przyjechali z ZSRR. Początek nie zapowiadał się źle. Powstały dwie szkoły, nawet zalążki partii żydowskich. Polityka polska była ściśle związana z ZSRR. Początkowo związek radziecki wspierał stworzenie Izraela, wyraził nawet poparcie na zgromadzeniu ONZ. Później, kiedy okazało się, że nie znajdzie sojusznika w nowo powstałym państwie, wschodni sąsiad całkowicie zmienił politykę względem żydów. To wszystko odbiło się na Polsce. Zaczęto zwalczać syjonizm jako wroga narodu. W mieście zamknięto szkołę i syjonistyczną drużynę harcerską. Okres 1949-50 to szczyt stalinizmu, nie można było uzyskać żadnej niezależności. Jest jeden wyjątek. TSKŻ (Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów) powstało w roku 1950 na takich zasadach jak inne (Towarzystwo Słowaków), wszystko pod nadzorem. Gmina żydowska na szczęście mogła prowadzić podstawowe usługi religijne.

Wróćmy jednak do pani epizodu ze szkołą syjonistyczną. Jak pani wspomina ów okres?

Trafiłam tam zupełnie zielona, mało co wiedziałam o żydowskich zwyczajach. U nas w domu mówiło się po polsku. Rodzice znali żydowski i często mówili w nim miedzy sobą, żebym nie zrozumiała. Wcześniej chodziłam do normalnej klasy. Znalazłam się w hebrajskiej jako ktoś obcy. Wkroczyłam w nieznany mi świat. Popadałam w konflikty, ale nauczyciele byli po mojej stronie. Wrosłam w środowisko. Pokochałam szkołę.

Jakie jest pani spojrzenie na judaizm?

To religia bardzo stara, pierwsza monoteistyczna. Jako taka jest czymś fundamentalnym dla świata – to było pierwsze spojrzenie człowieka na boga, jako jedynego, czegoś transcendentalnego, co nie ma kształtu. Stało to w opozycji do każdego innego wyznania, gdzie budowało się posągi, wznosiło bałwany. To była prawdziwa rewolucja. Od niej wywodzi się chrześcijaństwo. Również we współczesnym islamie odnajdziemy wiele podobnych wątków. Jest kamieniem milowym w historii świata. Dla mnie to sprawa osobista. Nie jestem ortodoksyjna. Ortodoksja do mnie nie pasuje. Judaizm jest o tyle ciekawy, że trudno o niej mówić. Nie jest ważne, co sobie myślisz, ważne, co robisz. Judaizm jest historią działania, nie kontemplacji. Istotne są uczynki. Religia żydowska przejawia się w każdej chwili życia.