Konflikt krakowskich przewoźników z Muzeum Auschwitz-Birkenau
Krakowscy przewoźnicy narzekają na nowe regulacje dotyczące rezerwacji przewodników wprowadzone przez Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau. Zdaniem branży, utrudnia to prowadzenie biznesu. Natomiast przedstawiciele placówki uważają, że wychodzi to na dobre osobom, które chcą odwiedzić były nazistowski obóz zagłady.
Po pierwsze, zmniejszono godzinny limit wejść na teren obozu z 1200 do 800 osób. Jednak większym problemem dla przewoźników jest system rezerwacji. Przed grudniem 2014 roku firmy wysyłały zapotrzebowanie na przewodników.
Teraz za pomocą strony internetowej trzeba to robić samemu. Jednak nie to jest najgorsze – zdaniem przedsiębiorców, podniesienie opłat i stuprocentowa przedpłata powodują, że są narażeni na koszty, ponieważ nie są w stanie określić, czy coś po drodze się nie stanie i grupa osób nie zrezygnuje z wyjazdu. Muzeum wprowadziło więc 14-dniowy okres anulacji, jednak firmy wolałyby bardziej elastyczne warunki.
Co z tym systemem?
W rozmowie z nami, przedstawiciele jednego z przewoźników twierdzą, że system działa źle, ma liczne luki wykorzystywane przez roboty, a do tego jest niestabilny. – Dziś możemy mieć dostępnego przewodnika np. na godz. 13.15 danego dnia, a jutro już nie. Śmieszne jest to, że musimy od danej godziny siedzieć i klikać, szukając terminów – mówią.
Jak tłumaczy rzecznik prasowy muzeum Bartosz Bartyzel, system został stworzony ze względu na olbrzymie zainteresowanie byłym obozem. – Nowy system nie tylko poprawia warunki zwiedzania, ale także zwiększa bezpieczeństwo tysięcy odwiedzających – mówi Bartyzel.
– Przede wszystkim z tych względów na teren byłego obozu Auschwitz I od początku 2015 roku w ciągu jednej godziny może wejść określona grupa osób. W okresach największego natężenia ruchu liczba chętnych nie pozwala na zapewnienie bezpieczeństwa w stopniu wystarczającym. Muzeum zostało zatem zmuszone do odpowiedniej reakcji – wyjaśnia przedstawiciel placówki.
Nierówne traktowanie?
Przedstawiciele branży uskarżają się na ograniczenie dostępu do muzeum oraz rodzące się przy okazji nadużycia. – W tym momencie nie są wykorzystywane limity, co daje pewną furtkę dyspozytorom. Wiemy jednak, że priorytetowo traktowane są wycieczki żydowskie i norweskie. My jesteśmy traktowani jako zło konieczne, określani mianem „lokalówki”. Próbowaliśmy negocjować i rozmawiać, ale niestety nic z tego nie wyszło – mówią.
– To absurdalne. Gdyby w ogóle wprowadzić jakieś zasady pierwszeństwa, to - mając na uwadze, że misją Miejsca Pamięci jest przede wszystkim edukacja - należałoby preferować grupy przyjeżdżające do muzeum w ramach projektów i programów edukacyjnych, a także wycieczki szkolne – informuje Bartyzel i dodaje, że muzeum stara się zapewnić całkowitą równowagę.
– Chcemy jasnych zasad i świadomości na czym stoimy – apelują do władz muzeum. Dobrym przykładem ma być współdziałanie z kopalnią soli w Wieliczce. – Zacznijmy weryfikować to z kim współpracujemy. Operatorzy mogą liczyć na takie zasady, a prywatne osoby na to i na to. Pójście na łatwiznę i zrobienie systemu nic nie dało.
Bartosz Bartyzel nie uważa, że system rezerwacji działa źle. – Godziny dostępności przewodników zmieniają się wraz z rezerwowaniem terminów przez ludzi z całego świata. Bardzo wiele instytucji muzealnych na świecie korzysta z internetowych systemów rezerwacji – twierdzi.
Przedstawiciel Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau uważa, że przedpłaty również się sprawdzają i bronią przedstawicieli branży turystycznej przed blokowaniem dużej liczby terminów i rezerwowaniu ich na zapas.
– Ryzyko poprzedniego rozwiązania było w całości po stronie muzealnej, a nie osób prawnych prowadzących taką działalność handlową. Zgodnie z ustaleniami z przedstawicielami branży turystycznej oraz ministerstw kultury oraz sportu i turystyki, został znacznie wydłużony termin dokonywania płatności oraz wprowadzono możliwość bezpłatnej anulacji – dodaje Bartyzel. Opłaty więc nie znikną.
– Niemalże codziennością były przypadki, że zarezerwowany przewodnik nie dostawał rezerwowanej w ciemno grupy zapowiedzianej przez tychże przewoźników, gdyż takowa danego ranka się nie zebrała w Krakowie, a jednocześnie muzeum musiało odmówić tego samego przewodnika grupom realnie planującym przyjazd. Wobec aktualnej frekwencji takie rozwiązanie nie jest już i nie będzie możliwe. Wstęp będzie musiał być odpowiedzialnie zarezerwowany, zarówno przez grupy szkolne i osoby indywidualne, jak i przewoźników małopolskich.
Organizacje turystyczne popierają przewoźników
Małopolska Organizacja Turystyczna wie o problemie, ale niewiele może zrobić. – Wysłaliśmy pismo w tej sprawie do ministerstwa turystyki z prośbą o zmniejszenie rygoru w systemie rezerwacji, bo sami mamy z nim problem podczas organizacji wizyt studyjnych z dziennikarzami – mówi Agnieszka Bratek z MOT-u.
Ministerstwo turystyki odpowiedziało na list, a placówka wprowadziła zmiany, które zostały wyżej wspomniane. Czy to wystarczy? – Muzeum samo ustala sobie zasady i trzeba się temu podporządkować. Możemy tylko wysyłać prośby – twierdzi Bratek.
Prezes Krakowskiej Izby Turystycznej Anna Jędrocha przypomina, że w lutym odbyło się spotkanie przedstawicieli KIT-u z władzami muzeum. – Nadal dyrekcja nie ustosunkowała się do naszego stanowiska ani nie przesłała nowej wersji regulaminu, który ma obowiązywać od kwietnia. Z naszych rozmów nie wyniknęło nic pozytywnego – mówi.
– Jesteśmy szczęśliwi, że muzeum dopuszcza anulację przewodnika na dwa tygodnie przed zwiedzaniem, natomiast słuchawki wliczone w cenę i ryczałt to dla nas kuriozalna sprawa. Do ostatniego momentu nie jesteśmy w stanie określić, ile osób będzie w danej grupie. Co będzie jak zabraknie zestawu dla dwóch osób albo czemu mamy płacić, jeśli będzie ich więcej? Jaka jest intencja tego, aby wliczać usługę prywatnej firmy do świadczeń muzeum? – pyta Jędrocha.
Zdaniem prezes KIT, władze nie odniosły się również do tego, co się dzieje z biletami, które zostają. – Uważają, że to nasze ryzyko i nasz koszt. To sprzeczne z ideą i misją muzeum i tego, że ma być bezpłatne. To nas boli. Nie wiem, jaki cel przyświeca temu, aby obciążać nas kosztami. Powinniśmy płacić za to, z czego korzystamy – uważa Jędrocha.
„Naszym celem nie jest zarobek”
Tak twierdzą władze muzeum. I stąd zmiany w systemie – aby udostępnić były obóz jak największej liczbie osób. – A z drugiej strony zapewnienie wygody oraz bezpieczeństwa odwiedzającym i samego historycznego miejsca. Rozumiemy także doskonale, że przewoźnicy krakowscy, operujący głównie na podstawie zmiennej frekwencji hotelowej, chcieliby utrzymać dotychczasowe przywileje i rezerwować przewodników nie wiedząc, czy w danym dniu znajdą chętnych czy też nie – mówi Bartyzel.
– Zadaniem muzeum jest wprowadzenie jak najlepszego systemu dostępności historycznego terenu dla wszystkich grup. Niewykorzystane miejsca są udostępniane zwiedzającym - nawet na miejscu. Ponadto, to rozwiązanie zostało wprowadzone właśnie ze względu na obserwowane w poszczególnych dniach i godzinach przeciążenie, które mogło zagrażać i odwiedzającym i Miejscu Pamięci. Stąd troska krakowskich przewoźników o niewykorzystanie przyjętych limitów godzinnych jest o tyle empatyczna, co nieuzasadniona – mówi rzecznik prasowy muzeum w Oświęcimiu.