Kraków tkwi w szczegółach: Smocza Agencja Towarzyska
Jak często omijają nas tajemnice? Ile razy przeszliśmy koło kamienicy, nie dostrzegając nic, oprócz brudnej fasady? Co kryją krakowskie mury? Niektóre z nich doskonale znacie. Na inne pewnie nigdy nie zwróciliście uwagi. Kryją się w nich historie, ludzie, przekleństwa, emocje, sentymenty. Warto zauważać szczegóły. Szczególnie w Krakowie.
CZYTAJ TEŻ: Pozostałe artykuły z cyklu „Kraków tkwi w szczegółach” >>
Bulwary Wiślane to jedno z najbardziej popularnych miejsc spacerowych. Wawel każdego roku odwiedzają miliony turystów. Ilu z nich wie, że w najbliższym sąsiedztwie obu tych miejsc działała oblegana karczma i agencja towarzyska? Pewnie niewielu… Wracając jednak do początku.
Wszyscy znają historię Smoka Wawelskiego zamieszkującego grotę najważniejszego krakowskiego wzgórza. Według legendy, smocze jajko miała znaleźć księżniczka Wanda. Jak większość dzieci marzyła o swoim własnym zwierzątku, dlatego opiekowała się znaleziskiem ukrywając je w jaskini nad Wisłą. Nowy pupil Wandy nie był jednak ani małym pieskiem, ani kotkiem (te, jak wiemy, nie wykluwają się z jajek), ani nawet kurą czy rzeczną kaczuszką. Znalezisko zamieniło się w małego smoka. Niezrażona księżniczka przynosiła mu obiady prosto z zamku. Smok miał jednak duże potrzeby i w krótkim czasie w grodzie Kraka zaczęło brakować mięsa, którym można by zaspokoić głód takiego stworzenia.
Postanowiono rozprawić się ze smokiem. Jak to zwykle bywa, sukces ma wielu ojców, więc do końca nie wiadomo czy z wawelskim głodomorem rozprawili się synowie Kraka (tak było według Wincentego Kadłubka), sam Krak (według Jana Długosza) czy najbardziej rozsławiony szewczyk Skuba (kandydat Marcina Bielskiego). Ostatecznie ok. 700 roku smok dokonał żywota, a jego apartament zaczął świecić pustkami. Niedługo później Wisła wyrzuciła na brzeg ogromne kości, które uznano za resztki wawelskiego lokatora. Powieszono je nad wejściem do katedry i do dziś mówi się, że gdy spadną, nadejdzie koniec świata.
Tak ekskluzywna lokalizacja nie mogła się jednak marnować. Jak to w Krakowie bywa, sporom i koncepcjom nie było końca (a trzeba pamiętać, że nie było jeszcze wtedy ekologów, aktywistów, rowerzystów, deweloperów i kont bankowych na Kajmanach). Smocza Jama zamieniła się w… lokal gastronomiczny. Początkowo była to zwykła karczma o niezbyt dobrej sławie, w której alkohol lał się strumieniami, a śmiechom i zabawom nie było końca. W XVII wieku lokal był otwarty całą dobę i szybko stał się ulubionym miejscem rozpusty gości z Krakowa, Polski i Europy.
Z łatwością można było dopłynąć tu łodzią czy przyjść po służbie na zamku. Węgierski podróżnik Marton Csombora tak pisał o tym miejscu: „Nie sądzę, żeby w Sodomie i Gomorze większa była swoboda niż w Krakowie. (…) Gdzie skierujesz kroki, w ślad za Tobą sunie cały poczet rozpustnic”. Z czasem szynk stopniowo zamieniał się w coraz bardziej ekskluzywne miejsce, które równie chętnie odwiedzały prostytutki.
Kronikarze donoszą, że wśród gości nie brakowało prawdziwych gwiazd – w tym króla Henryka Walezego i Zygmunta Augusta. Ten drugi i ówcześni duchowni grzmieli jednak, by szynk zamknąć jak najszybciej. Sam August nakazał nawet zamknięcie karczmy. Powodem miała być (wtedy jeszcze nie sankcjonowane mandatem) zakłócanie ciszy nocnej. Brzmi znajomo?
Oficjalnie jednak karczma przestała funkcjonować dopiero gdy na Wawelu rozgościli się Austriacy. Franciszek Józef I kazał zamienić ją w turystyczną atrakcję. Z zamku można było zejść do groty po małej drabince. Nie udało mu się jednak ściągnąć tłumów, więc smoczy apartament zamieniono w studnię. Dzisiejszą popularność tego miejsca Kraków zawdzięcza architektowi, który był jednocześnie miejskim konserwatorem.
To on, Adolf Szyszko-Bohusz zamontował w Smoczej Jamie oświetlenie, zaprojektował schody i udostępnił to miejsce zwiedzającym. Dziś trasa ma 81 metrów, rozpoczyna się przy Baszcie, a kończy na Bulwarach Wiślanych. Wstęp kosztuje 3 złote, a kto wie… może komuś uda się znaleźć jeszcze jakiś rozbity kufel?