„Książę Niezłomny”. Romantyczny dramat na deskach Starego Teatru
Książę Calderóna, a zarazem Książę Słowackiego, jest wzorowany na postaci portugalskiego księcia Ferdynanda, który w 1437 roku na czele wojsk hiszpańsko-portugalskich wziął udział, wraz z bratem Henrykiem, znanym doskonale jako Henryk Żeglarz, w wyprawie wojennej, mającej na celu zdobycie pozostającego w rękach muzułmańskich Tangeru. Po przegranej bitwie Ferdynand dostał się do marokańskiej niewoli, a za jego uwolnienie zażądano zwrotu podbitej dwie dekady wcześniej przez Portugalczyków Ceuty. W wyniku przeciągających się negocjacji Ferdynand zmarł, nie odzyskując wolności, a jego zwłoki, decyzją sułtana (w krakowskim spektaklu w rolę tę wcielił się Edward Linde-Lubaszenko) wystawiono na bramie miejskiej Fezu, gdzie obrzucono je kamieniami i owocami. Śmierć Księcia, która obrosła iście hagiograficzną sławą, stała się symbolem walki w obronie chrześcijaństwa, dzięki czemu dziś odnajdujemy tę postać w panteonie błogosławionych Kościoła rzymskokatolickiego.
Niezłomność infanta Ferdynanda okazała się inspirująca nie tylko dla Słowackiego, ale także dla współczesnych twórców – Jerzego Grotowskiego, reżysera legendarnej wrocławskiej inscenizacji z 1965, a także dla Małgorzaty Warsickiej i Jarosława Murawskiego – autorów krakowskiego spektaklu, którzy nie odzierając swojego Księcia z historycznego tła, nadali jego ofierze ponadczasowy wymiar.
Dziś Książę Niezłomny (w tej roli Jan Hrynkiewicz) wyrzeka się rozlewu krwi, przemocy, konfliktu. Wyrzeka się wszelkich struktur, zarówno religijnych, jak i politycznych, które wikłają jednostkę – jest outsiderem, o jakim pisze Piotr Augustyniak w Jezusie Niechrystusie, jest kimś „osobliwym, świadomie lokującym się na oucie, poza nurtem świata”. Jest Gandhim, którego siła tkwi nie w czynnej walce, a łagodnym oporze, nie w przemocy, ale w ucieczce od niej. To Ferdynand, który nie jest już rycerzem walczącym przy pomocy oręża, to Ferdynand poddający się losowi, gotowy do oddania życia dla idei prawdy, gotowy do poświęcenia siebie w ofierze bogom wojny, bo tylko taka ofiara może zatrzymać dalszą rzeź. Niezwykle przejmującym podsumowaniem tego procesu przemiany są słowa, jakie wypowiada w spektaklu Alfonsa ustami Anny Polony – Na przekór, idźmy. To marsz niezłomnych! Akt całkowity. Caritas. Weto!
Jak pisze Jarosław Murawski w tekście programowym spektaklu: „Nasz Książę nie cierpi za wiarę, rozumianą jako ukształtowany i objęty doktryną system religijny. On, owszem, ląduje ze swymi wojskami w Afryce przesiąknięty owym systemem, który każe mu zabijać ludzi wierzących w innego boga. Ale w islamskim więzieniu, odizolowany od świata, w którym wyrósł, i odarty z wtłoczonych mu mitów i uprzedzeń, przechodzi radykalny proces indywidualizacji. Przebywa mentalną podróż od uwikłania w sprawy wojny/walki/nienawiści do wyrzeczenia się przemocy, do walki prowadzonej bez jej użycia, a nawet do poddania się losowi, który wymaga od niego ofiary z życia na rzecz idei miłości. (…) Don Fernand odkłada na bok miecz, by walczyć słowem i przykładem. Taka postawa dziś wydaje się być paradoksalnie możliwa i uniwersalna. Może właśnie ona znaczy dziś "niezłomność”.
Dziś Książę Ferdynand nie jest fanatycznym obrońcą wiary, który wygłasza nienawistny monolog przeciwko muzułmanom i prawdopodobnie nie był już kimś takim dla Słowackiego. Jednak jego poświęcenie w imię wyznawanych wartości, poświęcenie dla ojczyzny rozumianej także – lub wręcz przede wszystkim – jako wspólnota wartości, nie ma w sobie nic z fanatyzmu. A najlepszy i jednocześnie najtragiczniejszy dowód na aktualność tematyki niezłomnej walki o własną prawdę odnajdujemy obecnie za naszą wschodnią granicą.
Daria Będkowska