„Kto nie pojął Tao, tego koniec jest bliski” [Recenzja]

Kuchnia azjatycka jest zdecydowanie moją ulubioną kuchnią i cieszę się, że różne jej formy można spotkać w Krakowie. Każda z odwiedzanych przeze mnie restauracji jest inna. Ma inne podejście do serwowanych dań, przedstawia swoją własną drogę kulinarną, pokazuje nam swoją interpretacje tak bogatej i oryginalnej kuchni świata. I nie inaczej dzieje się w Tao by Zen.

Chyba nie ma trafniejszego sformułowania, które odnosi się do nowo otwartego miejsca na mapie Krakowa niż tytuł tego artykułu. Tao by Zen – bo o nim mowa – zaczarował mnie całkowicie swoją filozofią jedzenia, minimalistycznym wnętrzem i pięknym ogrodem; czynnym również w zimie.

To drugie miejsce tego samego właściciela – Zen – jest doskonale znane. Z całą pewnością mogę Wam powiedzieć, że kultura, świeże produkty czy kreatywność jaką znamy z Sushi Baru została przeniesiona do Tao – restauracji serwującej azjatycki fusion. W karcie znajdziecie takie przysmaki, jak japoński Yakiudon – gruby, biały makaron ze specjalnym sosem, mięsem i warzywami. Lubiany przez wszystkich Ramen, Tajskie Curry w trzech kolorach: zielonym, czerwonym i żółtym, Padthai na trzy sposoby oraz oczywiście wybrane pozycje sushi.

Moją uwagę w karcie na początku skupiły zupy. Tajska zupa kokosowa z kurczakiem (15 zł) i Sake Giru czyli aromatyczna zupa łososiowa z kiełkami (15 zł). Ta pierwsza to klasyk: uderzenie wielu smaków, świeżej kolendry, papryki, słodkiego kokosa. Druga, nieco cięższa, przełamana koperkiem z mocnym aromatem łososia jest idealna na zimowe wieczory. Rewelacyjnymi okazały się Thai Stay (3 sztuki 19 zł) – marynowane w sosie kokosowym szaszłyki z kurczaka podane w orzechowym sosie. Coś nieprawdopodobnego. Gęsty, przylegający do kurczaka sos o smaku masła orzechowego! Niebo w gębie. Dla mnie połączenia w kuchni azjatyckiej są dziełem mistrzowskim!

Japońskie Gyoza (5 sztuk 12 zł) – pierożki z trzema nadzieniami: krewetkowym, mięsnym i wegetariańskim mają delikatne ciasto, są lekko przysmażone, lekkie i bardzo soczyste. Samo ich przygotowanie to bardzo ciekawy proces. Pierożki w przeciwieństwie do naszych, nie wrzuca się do gorącej wody. Gotują się one właściwie w samej parze na patelni, na którą wlewamy trochę wody. Kiedy woda odparuje rozpoczyna się proces przysmażania. W efekcie z jednej strony pierożki są przysmażone, a z drugiej mamy miękkie ciasto. Takie zabiegi możecie podglądnąć w tym miejscu, bo w Tao by Zen kuchnia jest otwarta. Być może złośliwi powiedzą, że za bardzo czuć zapachy w restauracji, ale szczerze powiem, że wolę zapachy i podglądanie co się dzieje w kuchennych kuluarach (a dzieje się dużo i fajnie), niż zabudowaną kuchnię z anonimowymi kucharzami.

Zwłaszcza że flagowym dziełem kulinarnym w Tao by Zen jest Teppanyaki. To styl kuchni japońskiej, w której do przyrządzania potraw używana jest żelazna patelnia będąca w tym przypadku grillem. Nie mylcie jednak teppanyaki z takim typowym grillem z rusztem na węgiel czy gaz. Teppanyaki to rodzaj stołu, na którym znajduje się żelazna płyta służąca do przygotowywania dań na oczach gości. W Polsce mamy bardzo niewiele tego typu stołów, tym bardziej należy docenić, że jeden z nich znalazł się właśnie w Krakowie! Ja pierwszy raz spotkałam się z takim kulinarnym show w Londynie i zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Przez chwilę siedząc na Józefińskiej 4 poczułam się jakbym znowu odwiedzała restauracje w Londynie.

Magia, która działa się na naszych oczach zamieniała się w niesamowitą przygodę z każdym kęsem produktów serwowanych przez kucharza. Owoce morza, ryż z warzywami (mój ulubiony, serwowany do każdej z opcji), kurczak, wołowina, schab – spróbowałam wszystkiego i żałowałam, że nie ma z nami większej grupy przyjaciół, bo to świetny pomysł na spędzenie wspólnego wieczoru. Zwłaszcza że do wyboru mamy trzy rodzaje teppanyaki: wegetariańsko-wegańską (49 zł), antywegetariańską, czyli kilka rodzajów mięs (79 zł) i owoce morza (99 zł) w skład, których wchodzi: halibut, łosoś, krewetki, kalmary małża św. Jakuba i małże nowozelandzkie. Wszystko doprawiane na naszych oczach specjalnymi miksturami, których receptury zna tylko Szef Teppanyaki. Porcje są duże, zupełnie wystarczające na jedną osobę jako przystawka i danie główne.

„Tao, które można opisać słowami, nie jest wiecznym (prawdziwym) tao” – mówi Lao-tsy. Tao by Zen nie da się opisać słowami, trzeba iść skosztować i powracać, by od nowa przechadzać się tym kulinarnym szlakiem.