Kto ucierpi na reformie krakowskich szkół
Likwidacje gimnazjów, rozwiązania szkół poprzez wygaszenie i przekształcenia Młodzieżowych Domów Kultury – takie zmiany przyniesie restrukturyzacja samorządowych szkół i placówek. Wszystko przez, jak twierdzą władze Miasta, niską jakość kształcenia uczniów, brak nowych klas i słabe warunki lokalowe niektórych placówek. Na zmianach ucierpią nie tylko nauczyciele, ale przede wszystkim młodzież. Pomysł może zablokować jedynie rada miasta.
Zlikwidowane zostaną gimnazja nr: 27, 43, 12, 44, 82. Rozwiązane zostaną też Zespoły Szkół Ogólnokształcących nr: 13, 9, 21, Zespół Szkół Mechanicznych nr 4, Zespół Szkół Zawodowych nr 2. Zespół Szkół Odzieżowych nr 1. Dodatkowo przekształcony zostanie Młodzieżowy Dom Kultury „Dom Harcerza” oraz MDK im. Andrzeja Bursy. Zmiany dotkną też: Zespół Szkół i Placówek Specjalnych przy ul. Lubomirskiego, Bursy Szkolnictwa Ponadpodstawowego nr 2 oraz Zespół Szkół nr 3.
Jak tłumaczy Katarzyna Cięciak, zastępca prezydenta ds. edukacji, Miasto rozmawiało ze wszystkimi dyrektorami placówek, do których mieliby zostać przeniesieni uczniowie. Zalecono im również, aby w pierwszej kolejności zatrudnieni byli ci nauczyciele, którzy utracą pracę na skutek zmian. Nie była jednak w stanie podać, jak wielu może stracić pracę.
Jak jest cel reformy?
– Robimy to po to, aby poprawić jakość nauczania i komfort nauki dla uczniów. Jeśli chodzi o gimnazja, to są szkoły, w których maleje liczba uczniów. Jest również tendencja słabnących wyników nauczania. Jeśli chodzi o szkoły ponadgimnazjalne, to dotyczy też słabych wyników nauczania, a jak wielokrotnie deklarowaliśmy z prezydentem, zależy nam na tym, aby szkolnictwo zawodowe było mocno sprofilowane i żeby były to silne ośrodki w danych branżach – mówi Katarzyna Cięciak.
Zapomnieli o dzieciach
Zdaniem Marty Tatulińskiej z Forum Rad Rodziców, wystąpienie Katarzyny Cięciak było w całości poświęcone zmianom, które dotkną placówki i nauczycieli, ale nikt nawet przez moment nie wspomniał o tym, że najwięcej na zmianach mogą stracić dzieci. Zaznacza też, że niestety to właśnie rodzice o wszystkim dowiadują się na samym końcu.
– Żadne rozmowy jak dotąd nie były prowadzone z zainteresowanymi. Także ogromnie ubolewamy nad tym, że dowiadujemy się o tym z drugich, trzecich ust. Pozostawia się duże pole do domysłów, niepokoju i zwykłych podejrzeń o złą wolę. Gdyby faktycznie zacząć od konsultacji, zapewne tego całego fermentu by nie było – mówi Marta Tatulińśka.