"Lepiej zostawić po sobie lekki niedosyt" [Rozmowa]

Mówią, że zniknął na ponad dekadę z polskiej sceny muzycznej. Tymczasem, jako muzyk wspomagający, ćwiczył warsztat i zbierał doświadczenie u boku Katarzyny Nosowskiej, Moniki Brodki, w zespole Muchy czy Japoto. O kim mowa? O Krzysztofie Zalewskim, laureacie II edycji Idola. Teraz wraca z nowym krążkiem pod tajemniczym tytułem „Zelig” i deklasuje konkurencję. Tydzień temu, mogliśmy posłuchać go w wersji akustycznej, kiedy w klubie Studio, supportował Kasię Nosowską.

Adriana Słowik: Wracasz, debiutujesz, jak to jest? Zniknąłeś po Idolu, schowałeś się w cień innych artystów.

Krzysztof Zalewski: To fakt, przez ostatnią dekadę byłem głównie muzykiem akompaniującym. Czy zniknąłem? Cały czas żyłem z muzyki. Grałem z Hey, Nosowską, Brodką, Muchami, Japoto, z Budyniem robiłem muzykę do filmu. Faktycznie zszedłem z pierwszego planu i trochę przestałem się bić o swój własny projekt, ale jednak cały czas pisałem piosenki do szuflady, ćwiczyłem warsztat.

Czułeś się niegotowy po Idolu?

Na pewno. Po Idolu miałem 19 lat i może trochę za szybko się to wszystko wydarzyło. Miałem, oczywiście, duże ambicje, aspiracje, ale to nie wystarczyło, by przykryć braki warsztatowe, brak doświadczenia. Dopiero teraz, czuję się przygotowany do tego, żeby podjąć się roli frontmana. Ruszam w Polskę z zespołem i póki co jest super!

Ile jest w tobie z tego tytułowego „Zeliga”?

Myślę, że sporo. Ciągle gram z innymi ludźmi, w różnych składach, różną muzykę. Muszę umieć się dopasować, często zmieniać skórę.

A tytuł płyty wymyśliłeś sam? Jesteś fanem Woodiego Allena?

Oczywiście, że jestem, ale tytuł wyszedł z inicjatywy Marcina Borsa – producenta płyty i gitarzysty. On czasami mnie tak ironicznie nazywa. Poza tym piosenki na płycie są z różnych lat, każda z nich odsłania trochę inną twarz Krzysztofa Zalewskiego, stąd właśnie „Zelig”.

Ta płyta jest dla Ciebie podsumowaniem tych dziewięciu lat nauki i pozornej nieobecności?

Trochę tak jest. Niektóre piosenki są z roku 2006, 2007. Najświeższe, takie jak „Zboża” i „Jaśniej”, robiliśmy w grudniu czy styczniu. Wiele piosenek nie weszło na płytę. Pierwsza wersja „Zeliga” miała 13 numerów, ale stwierdziliśmy, że to jednak trochę za dużo informacji, treści, jak na jeden krążek.

No właśnie, krążek kończy się po zaledwie 30 minutach. Dlaczego?

Stwierdziliśmy, że w dobie Internetu, natłoku informacji lepiej zostawić po sobie lekki niedosyt, wypuścić 33-minutową płytę, którą słuchaczowi będzie po prostu łatwiej „łyknąć” w całości, a nawet wróci do niej po raz kolejny, niż wystawiać go na ciężką próbę, przedzierania się przez godzinny album.

A propos niedosytu, zostawisz z nim słuchaczy na kolejne dziewięć lat?

Nie, w lutym wchodzimy do studia i nagrywamy dalej. Na jesieni, mam nadzieję, następna płyta, a jak nie to może jakaś epka przed wakacjami. Teraz kiedy wchodzimy do gry na poważnie, nie chciałbym zmarnować tej szansy, trzeba iść za ciosem.

Jak to jest z ta przeciętnością o której śpiewasz na pierwszym singlu? Boisz się jej… Album z przeciętnością ma niewiele wspólnego, nie da się go tak po prostu sklasyfikować do jednego gatunku.

Od wszelkich szufladek bardzo chciałem uciec, może dlatego, że sam wcześniej zaszufladkowałem się jako fan klasycznego heavy metalu, mimo że słuchałem różnej muzyki. Myślę, że najgłupszą rzeczą jaką można zrobić, to ograniczać siebie samego. Za dużo jest zgody na przeciętność w różnych dziedzinach życia, nie tylko w muzyce. Tej przeciętności, rzeczywiście boję się nieco. Nie chciałbym przestać poszukiwać.

Grałeś z wieloma artystami. Dziś supportujesz Kasię Nosowską. Jak się poznaliście, jak doszło do tej współpracy?

Znamy się długo. Poznaliśmy się zaraz po Idolu, którego Kaśka, oglądała. Pracowałem nad płytą „Pistolet”, a nie wiedziałem jak się pisze teksty, potrzebowałem autorów. Zawsze uwielbiałem teksty Kasi, dlatego poprosiłem ją o pomoc.

I tak po prostu się zgodziła? Zaufała młodemu, zaledwie 19-letniemu muzykowi?

Tak, ja byłem jej wielkim fanem, znałem jej teksty na pamięć. Telewizja dodatkowo skróciła ten dystans, bo Kasia była już przynajmniej opatrzona z moja twarzą, więc nie trzeba było łamać pierwszych lodów.

Pierwszą płytę wydałeś w BMG, jak trafiłeś do Kayaxu?

Najkrócej mówiąc przez Monikę Brodkę, która jest w Kayaxie, a ja gram w jej zespole.

Grałeś już wcześniej w Krakowie.

Wielokrotnie, Kraków to świetne miasto. Zawsze jest bardzo pozytywna publiczność. Dzisiaj mam duży stres, bo graliśmy siedem koncertów przed Kaśką, w czteroosobowym składzie, takie normalne, duże rockowe koncerty, natomiast dzisiaj, tak się niefortunnie składa, że zespołu dziś ze sobą nie mam, więc będę grał sam. Ja, gitara akustyczna i rządny krwi tłum. Zobaczymy jak będzie. (śmiech)