Łukasz Zwoliński o sytuacji Wisły: To jedyne rozwiązanie, nie możemy się załamywać [ROZMOWA]

Napastnik mógł zostać jednym z bohaterów spotkania o Superpuchar, ale nie wykorzystał dogodnej okazji. Jest dumny z występu zespołu przeciwko mistrzowi kraju i przekonany, że wkrótce zacznie strzelać gole.

Michał Knura, LoveKraków.pl: Wszyscy spodziewali się kilku zmian w składzie, tymczasem wyszliście „na galowo”. Czuliście na treningach, że trener postawi na najlepszych?

Łukasz Zwoliński, napastnik Wisły Kraków: O składzie dowiedzieliśmy się na odprawie, dwie godziny wcześniej, czyli tak jak zawsze. Nikt nie chciał potraktować spotkania jako drugorzędnego. W piłkę gra się dla trofeów, marzeń. Dla mnie występ na Stadionie Narodowym, przed takimi kibicami, był spełnieniem marzeń. Choć okoliczności były, jakie były, to zaśpiewanie hymnu na Stadionie Narodowym było wspaniałym przeżyciem.

Mogliście się czuć jak u siebie, bo waszych fanów było słychać przez całe spotkanie.

Tego brakuje nam na wyjazdach. Mecz był w środę o godz. 21, a informacja o nim została przedstawiona niecałe dwa tygodnie temu, więc naszym kibicom należy się duży szacunek. Jeżdżą za nami po całej Polsce i nie są wpuszczani na stadiony, ale teraz mogli być dumni z naszej gry. Szkoda, bo trofeum chcieliśmy zdobyć szczególnie dla nich. Wiemy, jak ciężki mają okres. Chwała im za to, bo w Chorzowie czy Warszawie pokazali, że pod względem kibiców są w czołówce ekstraklasy.

Wiosną wciąż czeka pan na gola. Za panem dziesiąty oficjalny mecz bez trafienia. Jak już przyjdzie przełamanie, to z serca spadnie panu duży kamień?

Jak strzelałem bramki, robiłem to samo. Teraz jest moment, że piłka nie chce wpadać, ale dochodzę do sytuacji. Czasem brakowało odrobiny szczęścia. Mam już rozegranych tyle meczów i bramek w ekstraklasie, że to nie jest coś, co plącze mi nogi.

Sytuacja, i to bardzo dobra, była także w Warszawie. Czego zabrakło, by wyrównać w drugiej połowie?

Skrzypczak rzucił się całym ciałem. To była interwencja reprezentacyjna. Może przy odrobinie większym spokoju powinienem podciąć piłkę. Nie widziałem tej sytuacji, tylko to, że wyprzedziłem Abramowicza, a potem lukę. Uderzyłem, nie wiedziałem, że Skrzypczak rzuci się całym ciałem. To była świetna interwencja.

Czy wobec kontuzji Angela Rodado czuje pan, że spada większa odpowiedzialność za strzelanie goli?

Przychodząc do Wisły wiedziałem, że odpowiedzialność będzie na mnie spoczywać. Na początku strzelał Angel, potem ja. Od zawodników ofensywnych wymaga się brania odpowiedzialności szczególnie za akcje ofensywne, ale drużyna to nie tylko Rodado i Zwoliński. Razem wygrywamy, razem przegrywamy i nie miałbym nic przeciwko temu, by inni zawodnicy ofensywni zdobywali bramki, kreowali sytuacje. Strata Angela wiąże się z jakimś dyskomfortem dla sztabu, bo nie mamy szerokiej kadry. Jednak po to są zawodnicy, którzy czekają na swoją szansę, by wziąć odpowiedzialność. Jeżeli chcemy zrobimy kolejny krok, to muszą to zrobić nie tylko ofensywni gracze.

W dobrym meczu przeciwko mistrzowi Polski zawiodła skuteczność.

Graliśmy jak równy z równym, stworzyliśmy więcej dogodnych sytuacji i nie mamy się czego wstydzić. Możemy być z siebie dumni. Nie dało nam to pucharu, ale jest dobrym prognostykiem i bodźcem przed tym, co nas czeka w lidze. Wszyscy wiemy, jak ważne są to dla nas rozgrywki.

Trener Jagiellonii powiedział na konferencji, że jego planem nie było oddanie inicjatywy Wiśle.

Jagiellonia najbardziej niebezpieczna jest z piłką. Wiemy, jaka kultura gry jest w ekstraklasie i że jak wyjdziemy agresywnie, nie przestraszymy się, to przy naszej jakości będzie możliwe zdominowanie rywala. W wielu fragmentach to się udawało, bo wysoko odzyskiwaliśmy piłkę i Jagiellonia mogła być zaskoczona.

Z Kotwicą stworzyliście 35 sytuacji i zdobyliście dwie bramki. Z Jagiellonią mniej, ale to był znacznie mocniejszy rywal. Macie problem ze skutecznością, podsumowaniem dobrej gry większą liczbą bramek.

Rozmawiamy o tym praktycznie co mecz. Cały czas pracujemy na treningach i to jest jedyne rozwiązanie. Nie ma co się załamywać, nie ma co się obrażać, trzeba robić swoje. Jak strzelałem bramki, robiłem to samo, co robię teraz. Ciężko trenuję, wszyscy ofensywni zawodnicy zostają po treningach. Tylko tak, poprzez powtórzenia, łapanie automatyzmów możemy stać się bardziej skuteczni. Musielibyśmy się martwić, gdybyśmy nie stwarzali sytuacji. To może irytować, bo jakbyśmy na początku strzelili dwa gole, to mecz kończyłby się bez dramaturgii do ostatnich minut. Nadal musimy być konsekwentni i wierzyć w to, co robimy. Kwestią czasu jest, że ja czy koledzy z ofensywy będziemy wykorzystywać okazje.

W sobotę na wyjeździe zmierzycie się z Wartą Poznań. Zdążycie się zregenerować?

Fizycznie nie wyglądamy źle. Zmusiliśmy mistrza Polski do oddania piłki, podchodziliśmy wysoko. Jagiellonia pokazała, że da się grać co trzy dni i my też jesteśmy gotowi. Nie szukałbym wytłumaczenia, że my graliśmy mecz o Superpuchar, a Warta nie. Mecz z Jagiellonią kosztował nas dużo zdrowia, ale trzeba liczyć na mądrość zawodników i wierzyć w sztab medyczny.