Lunice - trapowa uczta w Pauzie

Imprezy trapowe to już swego rodzaju wizytówka klubowego Krakowa. Naprawdę, wątpię, by na podobnych eventach gdzieś w Polsce panowała taka atmosfera, jak tej mroźnej, marcowej nocy w Pauzie.

Już przy okazji listopadowego koncertu Flosstradamusa pisałem, że ten skrajnie imprezowy gatunek kolejny raz znalazł w moich oczach uznanie – dla mnie jest to obecnie najlepsza muzyka do tańczenia. Nie potwierdził tego szumnie zapowiadany występ UZ w Prozaku, który był kompletną klapą. Na szczęście, trzy miesiące później moją tezę podtrzymał przy życiu Lunice Fermin Pierre II, znany po prostu jako Lunice.

Kanadyjczyk nie zaskoczył – zagrał tak, jak wszyscy przewidywali, ale takie właśnie były oczekiwania. Obok swoich autorskich kompozycji, mixował też najbardziej wyczekiwane przeze mnie, od czasu ich koncertu na Tauronie, kawałki TNGHT (zespołu, który współtworzy z Hudsonem Mohawke). Lunice nie poprzestał jedynie na utworach sygnowanych własnym nazwiskiem – z głośników popłynęły m.in. „Clique” i „Mercy” Kanye Westa, „Turn on the lights” Future czy „PMW (all I really need)” A$AP Rocky’ego. Warto dodać, że Kanadyjczyk świetnie się przy tym bawił – tańczył, śpiewał, uśmiechał się do publiczności, co bardzo pozytywnie wpłynęło na odbiór jego występu.

Zobacz zdjęcia z koncertu w Klubie Pauza [ZDJĘCIA]

Jeżeli chodzi o samą atmosferę na dancefloorze, najprościej będzie określić ją jako gęstą. Już w pierwszych sekundach setu Kanadyjczyka na parkiecie rozpętało się… pogo. Element spotykany dotąd głównie na koncertach rockowych był o tyle zaskoczeniem, co dość niebezpiecznym procederem, biorąc pod uwagę liczbę osób skotłowanych w małej, dusznej salce. Ścisk, który odebrał wielu ochotę do zabawy, tylko potwierdza, że artysta takiego kalibru powinien był grać w o wiele większym klubie. Na szczęście, organizatorzy zadbali o ekran w przyległym do głównego parkietu pomieszczeniu – bawiła się tam spora grupka spragnionych trapów gości.

Na koniec warto wspomnieć słowem o supportujących Lunice, polskich DJ-ach. Auer tradycyjnie mieszał trapowe sztosy z czarnym rapem (Kendrick Lamar!), choć sporym zaskoczeniem było wplecenie w to wszystko dwóch utworów Rihanny. Ale jeszcze bardziej zaintrygował Daniel Drumz, który zaprezentował eklektyczny, niebanalny set – odległy od pozostałych, które zabrzmiały tego wieczoru.