Macierzyństwo za barem [Recenzja]
Tytułowi „Przyjaciele” z pierwszej książki Marty Madery nie składają broni i powracają w kolejnej części, czyli w „Ślimakach z ogródka”. O ile powiew świeżości z debiutanckiej powieści mógł momentami strącić czapki z głów, to sequel utrzymany jest momentami w dusznej atmosferze.
Nowe nuty w starej śpiewce
„Ślimaki z ogródka” to drugie już starcie stałych bywalców knajpy Smutny Banaś z Krakowem, własnymi słabościami oraz zbyt łatwym dostępem do alkoholu. Narratorką ponownie jest Marta, ale tym razem musi podzielić się stronami z wprowadzoną drugą narrotorką oraz świeżynką w przyjacielskim gronie – Dominiką. Dwudziestokilkuletnia samotna matka wraca do domu rodzinnego po zakończonym dramatycznie romansie z poznanym na wakacjach muzykiem, aby po odpracowaniu swoich długów poukładać sobie życie na nowo. Malucha podrzuca więc rodzicom, a sama powraca na studia oraz do pracy za barem w osławionym Smutnym Banasiu. Obydwie narratorki toczą swoją powieść równolegle, ich losy przeplatają się w przyjaźń, a życiowych rozterek nie brakuje.
Dorastanie jest nudne
Wprowadzenie postaci Dominiki wydaje się być jednak jedynym żwawym drgnieniem w fabule. Jej perypetie uczuciowe, trudne relacje z matką oraz porzucie wewnętrznej porażki śledzi się o wiele lepiej niż losy poznanych wcześniej bohaterów. Dobijająca do trzydziestki „ekipa z Banasia” wchodzi już w tryb ustatkowany, a pojawiające się kolejne dzieci, związki małżeństwie oraz wyjazdy i powroty nie budzą większego zainteresowania. Co prawda wszystko zmienia się o wiele energiczniej niż u przeciętnego Polaka, ale akcja bardziej przypomina „Na Wspólnej” niż „Przyjaciół”, do których mogliśmy odnieść fabułę pierwszej części. Ciąża głównej bohaterki co prawda odmienia jej życie, ale poza wiecznym utyskiwaniem na rosnący brzuch Marta nie wprowadza większego zamieszania w akcję powieści.
Najbarwniejsza w debiucie Madery Magda, w „Ślimakach z ogródka” traci wiele na swoim drapieżnym uroku, zyskuje za to męża i dziecko, z którymi wyjeżdża do dalekiej Australii. Przydarzające się bohaterom spotkania w Banasiu są głównie pretekstem do rozstrząsania życia uczuciowego „młodych” za barem, czyli Pawła i Dominiki, ewentualnie wspominania szalonych, studenckich czasów. Fabuła rozchodzi się więc w szwach, a szara rzeczywistość, którą przecież doskonale zna każdy z nas, nie jest dobrą bohaterką żadnej powieści. Być może barwne ptaki musiały zrzucić swoje piórka i przejść w bardziej stonowany koloryt, ale nie tego spodziewaliśmy się po pierwszej części. A szkoda, bo bohaterów Madery lubi się od pierwszej strony i zasługiwali na dobry ciąg dalszy.