Mali pacjenci vs. wielki szpital. „Trzeba umieć zrozumieć, jak bardzo dziecko się boi”

Tutaj doświadczenie i wiedza wyniesiona z długich lat studiów nie wystarczą. Każdy lekarz, który pracuje z dziećmi musi zrozumieć, jak bardzo dziecko się boi i jak bardzo ufa, nawet jeśli nie wypowie ani słowa.

Trzy lekarki, które na co dzień pracują pod nadzorem dr n. med. Anny Rzucidło-Hymczak, kierowniczki Oddziału Chorób Infekcyjnych Dzieci i Hepatologii Dziecięcej w Krakowskim Szpitalu Specjalistycznym im. św. Jana Pawła II mogą pochwalić się supermocami, które wykorzystują w pracy. Na czym one polegają? Każda z nich wie, że trzeba się zatrzymać, przyklęknąć i spojrzeć dziecku w oczy – bo z góry nie widać zbyt wiele.

Nie każdy chce współpracować…

Każdy lekarz wie, że mały pacjent to często duży bunt. Jak zatem radzić sobie z emocjami u dzieci, które są przestraszone i zmęczone? – My na oddziale „nie rzucamy się z rękami” na to dziecko. Ja najpierw się uśmiecham, witam się z rodzicami, zagaduję dziecko. Kiedy się zbliżam, ono już mnie zna. Schodzę do jego poziomu – dosłownie i w przenośni – mówi lek. Kinga Tabaszewska.

Podobne zdanie na ten temat ma lek. Julia Święch-Krupińska. – Musimy zejść do poziomu dziecka nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie. To nie jest mały dorosły, który rozumie, że coś go boli. Trzeba patrzeć, słuchać, czasem odczytać ból z mimiki, płaczu i reakcji na dotyk – wyjaśnia. – W kontakcie z dzieckiem trzeba być spokojnym, ale czujnym. I cały czas analizować. Nawet jeśli dziecko płacze czy krzyczy – to nie jest skierowane do mnie. To reakcja na nieznane, na ból i lęk.

– To jest instynkt Sherlocka Holmesa: czujność, obserwacja, dedukcja. Dzieci nie powiedzą wprost, że coś je boli. Ale ich ciało mówi. Rodzice też – bardzo często to oni pierwsi zauważają subtelne zmiany. Naszą rolą jest to usłyszeć – tłumaczy lek. Joanna Lenik.

Współpraca z rodzicem bywa trudna

Lek. Julia Święch-Krupińska zaznacza, że wsparcie rodziców jest dla lekarzy bardzo ważne. – Tłumaczymy im plan leczenia, zapraszamy do współpracy, pytamy o zmiany w zachowaniu. To buduje ich poczucie sprawczości, a dziecko czuje się bezpieczniejsze.

Co do tego, że rodzic jest sprzymierzeńcem lekarza nie ma też wątpliwości lek. Tabaszewska. Jednocześnie zaznacza, że zwykle to nie tylko dziecko potrzebuje pomocy, ale rodzice również. – Kiedy choruje dziecko, cierpi cała rodzina. Objawy u dziecka są często nieoczywiste. Muszę dać tej rodzinie wsparcie, a jednocześnie być na tyle stanowcza, żeby zbadać wszystkie symptomy, które są konieczne do oceny stanu zdrowia – wyjaśnia.

Empatia, empatia i jeszcze raz empatia

Wszystkie lekarki mówią zgodnie, że kluczowa w tym wszystkim jest przede wszystkim – empatia. – Sama wcześnie zostałam mama, jeszcze przed specjalizacją. Mam dwójkę dzieci i wiele historii, które wyciągam jak asa z rękawa, żeby odwrócić uwagę dzieci od badania. Zdarza się, że opowiadam śmieszną historię z przedszkola moich dzieci, by rozbroić napięcie. Czasem wystarczy jeden żart, by mały pacjent przestał się bać – mówi lek. Kinga.

Wielu szpitalnych wizyt da się uniknąć

Wielu trudnych chwil na szpitalnych korytarzach i salach można uniknąć, ale jak? Lekarki mówią zgodnie, że kluczowa w tym momencie jest profilaktyka. – Szczepienia, higiena, edukacja – to nie są slogany. To konkretna ochrona. Na przykład ospa – dzieci zaszczepione albo nie chorują wcale, albo przechodzą bardzo łagodnie, A niektórzy wciąż organizują „ospa party”, nie zdając sobie sprawy, że ospa może prowadzić do poważnych powikłań jak zapalenie płuc, skóry, stawów, a nawet móżdżku – wylicza lek. Julia.

Z kolei lek. Joanna dodaje: – My w szpitalu widzimy te dramaty. I wiemy, że można im zapobiec. Czasem wystarczy uświadomić rodziców. I to też jest nasza praca.

– Edukacja rodziców i dzieci to siła napędowa skutecznej profilaktyki. Świadomi rodzice potrafią szybciej rozpoznać pierwsze objawy infekcji, wiedzą kiedy skontaktować się z lekarzem i jakie działania prewencyjne podjąć w domu, aby uniknąć pobytu swojego dziecka w szpitalu. Dbanie o te wszystkie aspekty to inwestycja nie tylko w zdrowie maluchów, ale i bezpieczeństwo całego społeczeństwa – wyjaśnia dr n. med. Anna Rzucidło-Hymczak.

„Pani wygląda jak z kosmosu”

Niektóre historie pacjentów zapadają lekarzom w pamięci na lata. – Najmocniej pamiętam dzieci, które były w stanie zagrożenia życia. Ogromna odpowiedzialność, stres, ale też niewyobrażalne poczucie ulgi i radości, gdy dziecko zaczyna zdrowieć – wyjaśnia lek. Julia.

Z kolei lek. Joanna dodaje: – Ja miałam taką sytuację w czasie pandemii. Byłam cała w kombinezonie, w masce, goglach – wyglądałam jak astronauta. I nagle ten maluch spojrzał na mnie i powiedział: – Pani wygląda jak z kosmosu – i wybuchnął śmiechem. To był moment, w którym wróciło życie do sali – opowiada.

Lekarki zaznaczają, że również w tym wszystkim kluczowe jest zachowanie balansu między życiem prywatnym, a zawodowym. – Oddzielenie życia zawodowego od prywatnego to dla mnie klucz do zachowania równowagi. Mam trójkę dzieci, po pracy jestem zwyczajną mamą. To zwyczajne, codzienne życie najbardziej mnie doładowuje – zaznacza lek. Joanna.

– Dla mnie ratunkiem są pasje. Balet, jazda konna, narty, rękodzieło. Kiedy haftuję albo robię makramy, jestem w innym świecie. To mój reset. Bez tego trudno byłoby zachować równowagę – dodaje lek. Julia.

„To dzięki nim nasz oddział działa z sercem i troską”

Dr n. med. Anna Rzucidło-Hymczak zaznacza, że od ponad 20 lat z pełnym zaangażowaniem wykonuje zawód lekarza, od 10 lat jest związana z oddziałem – który stał się jej drugim domem, a od 3 lat ma zaszczyt nim kierować. – Specjalizację z pediatrii, a potem z chorób zakaźnych wybrałam z pasji i chęci pomagania dzieciom. To właśnie praca z najmłodszymi daje mi codziennie siłę i sens. Jestem dumna z zespołu, który udało się stworzyć. Ludzi zaangażowanych, życzliwych i profesjonalnych. To dzięki nim nasz oddział działa z sercem i troską, którą dostrzegają pacjenci i ich bliscy – podsumowuje.