Małopolska jest gotowa na uchodźców? [Rozmowa]
Wiceminister Spraw Zagranicznych Rafał Trzaskowski mówi jasno: Unia Europejska musi mieć plan całościowy. Należy określić, kogo przyjmować do Polski, co robić z osobami, które nie są uchodźcami i czy kraje dotknięte kryzysem będą w przyszłości stabilizowane. – Kiedy nasze warunki zostaną spełnione, będziemy mogli mówić o solidarności – twierdzi Trzaskowski. Pytanie też, czy Małopolska już przygotowuje się na przyjęcie uchodźców.
Najważniejsze decyzje zapadną na szczycie unijnym 8 października. Obecnie trwają negocjacje. Trzaskowski twierdzi, że potrzebny jest szczegółowy plan, który musi zadziałać. Najważniejsze postulaty strony polskiej są takie, by zatrzymać falę imigracji. Należy rozróżniać imigrantów zarobkowych od uchodźców. Unia musi dać jasne wytyczne, co robić z osobami, którzy nie uciekają ze swojego kraju, ponieważ ich życie jest zagrożone.
– Unia musi się też zaangażować w stabilizację Syrii czy Libii, aby ci ludzie mogli po kilku latach wrócić do swoich krajów. Wtedy równolegle będziemy dyskutować o solidarności – dodaje Trzaskowski. Minister nie zdradza, ile osób Polska jest w stanie przyjąć w ilości minimalnie lub maksymalnie. – Uciekam od liczb. Są to trudne negocjacje – ucina.
W związku ze skomplikowaną sytuacją i możliwością, że w końcu i u naszych granic pojawią się uciekinierzy przykładowo z Syrii, zapytaliśmy wojewodę małopolskiego, czy jest przygotowany na napływ uchodźców (choć w naszym województwie nie ma ośrodków dla uchodźców). Rzecznik prasowy Jerzego Millera odesłał nas jednak do Urzędu ds. Uchodźców, dlatego postanowiliśmy porozmawiać z przedstawicielką tego organu.
Dawid Kuciński, LoveKraków.pl: Kogo tak w zasadzie spodziewamy się w Polsce?
Anna Piechota, Urząd ds. Uchodźców: Możemy dokonać podziału na dwie grupy. Pierwsza jest ta zadeklarowana, czyli 2 tysiące osób, które do nas przyjadą w ciągu dwóch lat. O drugiej grupie myślimy jak o napływie spontanicznym. Są to ludzie, którzy pojawiają się pod granicami i składają wnioski o status uchodźcy. Przyjeżdżają do nas i proszą o ochronę.
Jak Polska jest na to przygotowana?
Mamy plany i procedury. Urząd przygotował plan z różnymi wariantami dotyczącymi liczebności grup, które do nas trafią. Założenie jest takie, że w następnym roku, w drugim kwartale, zaczną do nas przyjeżdżać osoby w grupach od kilku do 150 ludzi. Proces ten jest rozłożony na dwa lata.
Mamy odpowiednią liczbę miejsc?
Gdyby się okazało, że nasza baza jest niewystarczająca, to możemy brać pod uwagę nawet budowę nowego obiektu. Jesteśmy też w stanie wynająć bądź skorzystać z obiektów innych instytucji rządowych. Generalnie jest tak, że na pewno nie byłoby problemu z opieką nad uchodźcami i zapewnieniem im dachu nad głową – tu mowa oczywiście o tych 2 tysiącach.
Drugą grupę stanowią osoby, które do nas cały czas napływają. Może się zdarzyć, że będzie ich więcej. Wciąż nie jest stabilnie na Ukrainie, robi się zimno. Przewidujemy, że właśnie stamtąd przyjedzie do nas więcej ludzi. Oczywiście mamy plan. Opracowujemy listę miejsc, gdzie można ich rozlokować w województwach. W razie potrzeby można użyć na przykład poligonu i tam założyć tymczasowy obóz.
Obecnie ruch na granicach jest wzmożony?
Na razie nie odczuwamy żadnego napływu fali uchodźców, ale trzymamy rękę na pulsie. Musimy być przygotowani.
Wróćmy do województw. Proszę powiedzieć, gdzie na terenie Małopolski mogliby zostać zakwaterowani uchodźcy?
Jesteśmy w trakcie weryfikacji tych miejsc, więc na to za wcześnie. Jednak jest też druga kwestia. Podanie tego do wiadomości mogłoby wywołać spore zamieszenia. Narosło bardzo dużo mitów krążących wokół uchodźców. Źle to wpływa na rozwój sytuacji. W Małopolsce jest na przykład wyznaczony jeden z hoteli robotniczych, ale istnieją obawy, że gdyby ludzie się o tym dowiedzieli, mogłoby dojść do protestów.
Gdy kraje sąsiednie zamkną granice, co już się dzieje, Polska może stać się krajem tranzytowym? Wtedy chyba jest jasne, że imigranci będą poruszać się przez m.in. Małopolskę i dalej na Śląsk, by dostać się do Niemiec.
Z informacji od Straży Granicznej wynika, że nic się nie dzieje. Teoretycznie może się wydarzyć, ale patrząc na wygodę podróży przez nasz kraj, uważam, że nie jest to najlepszy pomysł. Granica z Ukrainą jest pilnie strzeżona, a podróż przez góry na granicy czeskiej odpada.
Trzeba też wspomnieć, że cudzoziemcy patrzą na Europę poprzez pryzmat warunków do życia. Chcą dostać się do Niemiec i nie ma „ciśnienia” na Polskę. Ale powtarzam, gdyby tak się stało, poradzimy sobie z tym. Nie jest to dla nas nowość, że na granicy pojawi się 150 osób. Przerabialiśmy to w 2013 roku, kiedy w ciągu roku do naszego kraju przybyło 15 tys. osób. Nikt tego nie odnotował nawet. Teraz toczy się dyskusja o dwóch tysiącach. Obywatelom należy tłumaczyć, co to za ludzie, po co się u nas znajdują, jakie mają prawa, a jakie my mamy względem nich obowiązki.
Chyba nie ma co się dziwić, że jesteśmy sceptyczni, skoro widzieliśmy obrazki z Budapesztu. Rzucanie wodą, jedzeniem, agresja. Można w jakiś sposób wytłumaczyć to zachowanie?
Moja praca uczy dystansu, jednak jako zwykły obywatel, pewnie pomyślałabym, że to faktycznie problem. Na ich zachowanie mogło się złożyć wiele czynników: mieli za sobą długą podróż, byli zmęczeni, blisko celu, a nagle ktoś ich zatrzymuje i nie wiedzą dlaczego. Stąd agresja. A w naszych ośrodkach również się to zdarza, kiedy czeka się na status uchodźcy. I to pomimo zapewniania odpowiednich warunków bytowych, dachu nad głową, pożywienia, nauki języka polskiego. Rodzi się frustracja. W ten sposób mogę to wytłumaczyć.