Medyczne pole walki w centrum miasta. Jak nowoczesne technologie uczą żołnierzy ratowania
Prawie sto osób – od żołnierzy wojsk specjalnych i spadochroniarzy z 6. Brygady Powietrzno-Desantowej, mundurowych z 11 MBOT, po cywilnych lekarzy i ratowników – trenowało ratowanie życia w ekstremalnych warunkach. Wykorzystując gogle VR i systemy rozszerzonej rzeczywistości, uczestnicy przenieśli się prosto w ogień walki, by uczyć się tamowania krytycznych krwotoków pod presją czasu.
– Symulatory wysokiej wierności (high-fidelity) umożliwiają prowadzenie ćwiczeń prawie w realnych, a jednocześnie bezpiecznych warunkach – tłumaczy Paweł Oskwarek z Oddziału Symulacji Medycznej WIM – PIB Centrum Kształcenia Podyplomowego w Warszawie.
Potrzebna natychmiastowa pomoc
Statystyki są bezlitosne: połowa rannych ginie w pierwszej minucie, a kolejne 30% w ciągu godziny od urazu. Wygrać z czasem można tylko na samej linii frontu. Doświadczenia z Ukrainy brutalnie weryfikują wiedzę z Iraku czy Afganistanu – dziś pomoc musi nadejść natychmiast, bo margines błędu praktycznie przestał istnieć.
– Wtedy bazy były w odległości kilku, kilkunastu kilometrów od linii frontu. W tej chwili rejon zagrożenia to jest kilkadziesiąt kilometrów ze względu na wykorzystanie dronów bojowych. Dlatego każdy żołnierz musi być przeszkolony na poziomie Combat Lifesaver (CLS), zaawansowanej pierwszej pomocy medycznej w warunkach bojowych - tłumaczy Oskwarek.
To nie tylko rany postrzałowe
– Dziś większość urazów to nie są rany postrzałowe, to rany od odłamków czy wielonarządowe powybuchowe urazy typu kombo. To bardzo złożone obrażenia. Ponieważ obraz współczesnego pola walki się zmienia, my nie możemy zostać w tyle. Metody działania, którymi się posługujemy na co dzień, muszą być dostosowane do realiów, inaczej nie będą skuteczne – podkreśla płk lek. Janusz Piskorowski, zastępca dyrektora Szpitala Klinicznego ds. Rejonu Zabezpieczenia Medycznego Wojsk.
Praca pod ostrzałem
Jak podkreślają ratownicy medyczni, szkolenie na fantomach high-fidelity zwiększa skuteczność ich pracy na polu walki nawet o 40-50%. Współczesne trenażery mają jeden cel: uderzyć w psychikę szkolonego tak mocno, by w prawdziwym piekle walki stery przejęła pamięć mięśniowa. Sterylne sale operacyjne i roboty medyczne to luksus, który nie istnieje w wojennym okopie. Tam, pod ostrzałem, liczy się tylko instynkt wypracowany w warunkach skrajnego stresu.
– Ćwicząc z wykorzystaniem wirtualnej rzeczywistości (VR) zakładamy gogle i przenosimy się w zupełnie inne miejsce. Jesteśmy na polu walki, w szpitalu, mamy pacjenta, podejmujemy różne interwencje i jego stan się polepsza lub pogorsza. W rozszerzonej rzeczywistość (AR) mamy podgląd rzeczywistego otoczenia, ale w tle widzimy stojący wóz bojowy, słyszymy strzały, coś płonie – wyjaśnia Anna Wereszczyńska.
W tej chwili w szkoleniach medycyny pola walki z wykorzystaniem VE i AR nie działa jeszcze haptyka, która pozwala użytkownikowi dotknąć i poczuć coś w środowisku wirtualnym, czego nie ma w świecie rzeczywistym.
W USA trwają już jednak prace, a nawet pierwsze testy systemu, w którym rozszerzona rzeczywistość jest spięta z manekinem ewakuacyjnym. W Polsce takie testy powinny się rozpocząć do końca roku.
Siłownia symulacyjna
– Potrzeby dotyczące szkoleń czas rosną. Zarówno ze strony wojska jak i rynku cywilnego – stwierdza prof. Bartłomiej Guzik, dyrektor szpitala wojskowego w Krakowie.
To cel do którego m.in. dąży szpital wojskowy, który w tej chwili już szkoli z KPP i który ma dalekosiężne plany dotyczące kursów czy warsztatów dla wojska i pracowników cywilnych szpitali.