Metro w Krakowie to wciąż tylko marzenie? Monika Piątkowska mówi wprost o pieniądzach

– Mieszkańcy nie mogą być dodatkiem do inwestycji – senator Monika Piątkowska ostrzega przed niszczeniem zielonych płuc Krakowa i proponuje nowe rozwiązanie dla S7.

Patryk Salamon, LoveKraków.pl: Minął rok od wyborów uzupełniających do Senatu. W marcu 2025 roku dostała pani mandat od mieszkańców Krakowa. Po roku czuje pani, że ta zmiana naprawdę miała sens – czy polityka okazała się po prostu kolejnym szczeblem kariery?

Monika Piątkowska, senator Koalicji Obywatelskiej: To był bardzo intensywny rok. Wejście do Senatu nie było dla mnie skokiem w nieznane, bo wcześniej przez lata pracowałam zarówno w krakowskim samorządzie, jak i w organizacjach gospodarczych. Dziś widzę, że to doświadczenie naprawdę się przydaje. Znam mechanizmy administracji, rozumiem gospodarkę, mam przygotowanie prawnicze i wiem, jak działa Kraków. Dzięki temu łatwiej mi poruszać się w polityce i skuteczniej działać.

Tyle że politycy po roku niemal zawsze mówią to samo: „to był pracowity czas”. Pani biuro chwali się liczbami: 758 głosowań, 108 wystąpień, 12 oświadczeń senatorskich. Tylko że zwykły mieszkaniec nie żyje statystykami. Co z tego realnie wynika dla ludzi?

Same liczby niczego jeszcze nie załatwiają. One mogą pokazać aktywność, ale nie zastąpią realnej pracy. Dla mnie najważniejsze jest to, co dzieje się w komisjach, zespołach parlamentarnych i w bezpośrednim kontakcie z ludźmi. Pracuję w Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Komisji Petycji i właśnie tam zapada wiele decyzji, które później przekładają się na codzienne życie.

To brzmi dość ogólnie. Co konkretnie?

Na przykład bezpieczeństwo żywnościowe. Mieszkańcy dużych miast zwykle nie myślą o tym na co dzień, bo półki sklepowe po prostu są pełne. Ale to nie jest coś dane raz na zawsze. Pandemia pokazała, że system może się zachwiać. Dla mnie ważne jest, żeby Polska miała silne, stabilne zaplecze żywnościowe. Bardzo ważna jest też Komisja Petycji, bo to jedno z niewielu miejsc, gdzie do parlamentu trafiają sprawy bezpośrednio od obywateli. Tam polityka schodzi z poziomu haseł na poziom realnych problemów.

Monika Piątkowska w trakcie sesji Rady Miasta Krakowa
Monika Piątkowska w trakcie sesji Rady Miasta Krakowa

Jednym z tematów, w których najmocniej się pani angażuje, jest przebieg trasy S7. I tu nie owija pani w bawełnę – obecne warianty krytykuje pani ostro. Dlaczego?

Bo uważam, że w obecnym kształcie to zły pomysł. Sama trasa S7 jest potrzebna, ale nie można jej budować kosztem mieszkańców Krakowa i kosztem terenów, które dla miasta są bezcenne. Nie zgadzam się na rozwiązania, które de facto przecinają południowe dzielnice miasta i niszczą ich charakter.

To mocne słowa.

Bo sytuacja jest poważna. Swoszowice to nie jest zwykła dzielnica „do przecięcia kreską na mapie”. To teren uzdrowiskowy i jedno z najcenniejszych zielonych miejsc w Krakowie. Jeśli ktoś dziś proponuje trasę, która może zagrozić temu statusowi, to musi się liczyć z bardzo twardym oporem.

Tylko że GDDKiA i część polityków odpowiadają: droga jest potrzebna, ruch trzeba wyprowadzić, a protesty są zawsze.

Droga jest potrzebna – i ja tego nie kwestionuję. Ale potrzebna jest droga mądrze zaplanowana, a nie przepychana. Proces wyboru przebiegu musi być uczciwy, transparentny i oparty na pełnej analizie skutków: dla zdrowia ludzi, środowiska, bezpieczeństwa i ładu przestrzennego. Dziś mam wrażenie, że za bardzo patrzy się na tabelki i przepustowość, a za mało na to, jak będą żyli ludzie, którzy znajdą się przy tej trasie.

Czyli pani zdaniem dziś mieszkańcy są traktowani jak przeszkoda, a nie strona tej sprawy?

Zbyt często tak to wygląda. Dlatego mówię jasno: mieszkańcy nie mogą być dodatkiem do inwestycji. Muszą być w centrum tej rozmowy.

A jaka jest pani alternatywa? Bo łatwo powiedzieć „nie tutaj”.

Nie wystarczy odrzucić złe warianty. Trzeba poważnie przeanalizować także inne korytarze przebiegu – również takie, które omijają Kraków od wschodu albo od zachodu. I te analizy powinny zostać publicznie pokazane. Bez tego będziemy się dalej kręcić w kółko.

W pewnym momencie mówi pani nawet o potrzebie południowej obwodnicy całej aglomeracji. To brzmi jak przyznanie, że obecne myślenie o tej trasie jest po prostu za małe.

Bo jest. Jeśli mamy naprawdę rozwiązać problem ruchu tranzytowego, to trzeba myśleć szerzej niż tylko „jak przepchnąć drogę przez najbliższy możliwy korytarz”. Kraków nie może być workiem na ruch z południa Europy.

Monika Piątkowska, senator KO
Monika Piątkowska, senator KO
Tomasz Paczos/Kancelaria Senatu RP

Drugim wielkim hasłem, które wraca od lat, jest metro. W Krakowie mówi się o nim od dekad. Po roku pani pracy jesteśmy choć trochę bliżej konkretu, czy nadal jesteśmy na etapie opowieści?

Jesteśmy bliżej niż rok temu, ale nadal bardzo daleko od momentu, w którym można mówić o wbiciu pierwszej łopaty. Nie chcę udawać, że jest inaczej. Metro to ogromny projekt i największą barierą pozostaje dziś finansowanie.

Czyli klasyka: wszyscy są „za”, dopóki nie trzeba wyłożyć pieniędzy?

Trochę tak. Dlatego od początku mówię, że Kraków sam tego nie udźwignie. Potrzebny jest montaż finansowy z udziałem budżetu państwa i środków unijnych. Właśnie dlatego zaangażowałam się w Parlamentarny Zespół ds. budowy metra i zostałam jego wiceprzewodniczącą. Chodzi o to, żeby ten temat nie był tylko lokalnym marzeniem, ale realnym projektem państwowym.

W Krakowie jest też sporo sceptyków, którzy mówią: „miasto nie radzi sobie z tramwajami, a chce budować metro”.

Rozumiem ten sceptycyzm, bo mieszkańcy są zmęczeni wieloletnim gadaniem o wielkich projektach bez finału. Ale właśnie dlatego trzeba przestać udawać, że Kraków może rozwijać się dalej bez skokowej poprawy transportu. Metro nie jest fanaberią. W perspektywie kilkunastu czy kilkudziesięciu lat będzie koniecznością.

Wspomina pani też o jeszcze jednym wątku: bezpieczeństwie.

Tak, bo metro może pełnić nie tylko funkcję transportową, ale też ochronną. W sytuacji kryzysowej takie obiekty mogą służyć jako schronienie dla ludności. A wiemy przecież, że z infrastrukturą ochronną w Krakowie jest bardzo słabo.

Dużo mówi pani też o bezpieczeństwie – nie tylko lokalnym, ale państwowym. Na forum Senatu broniła pani programu SAFE. Dlaczego uważa pani, że to tak ważny projekt?

Bo żyjemy w czasie, w którym Europa kończy epokę złudzeń. Program SAFE to nie jest jakiś abstrakcyjny fundusz z Brukseli, tylko bardzo konkretne pieniądze na bezpieczeństwo i rozwój gospodarczy. Mówimy o ogromnych środkach, które mogą trafić także do polskich firm i polskich technologii.

Tylko że politycy bardzo często sprzedają wydatki na zbrojenia jako wielki sukces, a ludzie pytają prościej: co z tego będę miał ja?

Bezpieczeństwo nie jest luksusem. Jeśli Polska ma być państwem odpornym, to musi inwestować nie tylko w armię, ale też w technologie, przemysł, energetykę i odporność infrastruktury. Dziś nie da się już oddzielić bezpieczeństwa militarnego od energetycznego czy żywnościowego. To wszystko jest połączone.

Czyli pani zdaniem kończy się czas myślenia „wojna jest gdzieś daleko”?

Tak. Polska jest dziś państwem frontowym wschodniej flanki UE i NATO. Nie możemy funkcjonować tak, jakby zagrożenia nas nie dotyczyły.

Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

Została pani też wiceprzewodniczącą Parlamentarnego Zespołu ds. Bezpieczeństwa Medyków. To bezpośrednia reakcja na tragedię w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie?

Tak. Śmierć doktora Tomasza Soleckiego była wstrząsem i momentem, po którym nie można już było udawać, że problem agresji wobec personelu medycznego da się zagadać.

Tylko że po każdej tragedii politycy powołują zespoły, ogłaszają „systemowe działania”, a potem wszystko się rozmywa. Co ma się realnie zmienić?

To jest właśnie najważniejsze pytanie. I dlatego chcemy pracować nie pod komunikat prasowy, tylko nad konkretnymi rozwiązaniami legislacyjnymi. Personel medyczny nie może pracować z poczuciem, że agresja to „część zawodu”. To nie jest normalne i nie może być tolerowane.

Politycy koalicji rządzącej chętnie mówią o stabilizacji i odpowiedzialności, ale wielu ludzi nadal patrzy przede wszystkim na rachunki, ceny paliwa i energii. Co pani może dziś powiedzieć komuś, kto po prostu czuje, że żyje drożej?

Że państwo ma obowiązek reagować. I że nie wszystko da się załatwić jednym ruchem, ale trzeba łagodzić skutki kryzysów tam, gdzie to możliwe. Dlatego popierałam rozwiązania, które mają realnie obniżać koszty dla obywateli, w tym działania dotyczące cen paliw i energii.

Tylko że wyborcy coraz częściej mają dość słuchania, że „sytuacja jest trudna”.

I mają do tego prawo. Ludzie nie rozliczają polityków z konferencji prasowych, tylko z tego, ile zostaje im w portfelu po opłaceniu rachunków.

Złożenie podpisów pod wnioskiem o referendum
Złożenie podpisów pod wnioskiem o referendum

W Krakowie rośnie też temperatura polityczna wokół referendum w sprawie odwołania prezydenta i rady miasta. Pani jest po której stronie?

Jestem po stronie zdrowego rozsądku. Referendum to ważne narzędzie demokracji i nie wolno go lekceważyć. Ale w tym konkretnym przypadku uważam, że jest zdecydowanie za wcześnie.

Czyli?

Czyli mam wrażenie, że bardziej niż o ocenę rządzenia chodzi tu o próbę politycznej dogrywki po przegranych wyborach. Prezydent Aleksander Miszalski rządzi zbyt krótko, żeby dziś uczciwie rozliczać go za całokształt.

A jeśli mieszkańcy powiedzą: „nie interesują nas wasze polityczne gry, po prostu jesteśmy rozczarowani”?

To trzeba z nimi rozmawiać. I nie tylko wtedy, kiedy zaczyna się kampania albo zbiórka podpisów. Dlatego prowadzę cykl spotkań „Piątki z Piątkowską” i wychodzę do ludzi w dzielnicach. Dla mnie polityka nie kończy się w biurze senatorskim.

To brzmi dobrze, ale politycy często bardzo lubią mówić, że „słuchają ludzi”. Pytanie brzmi: co potem z tego wynika?

Jeśli z tych spotkań nic nie wynika, to są tylko dekoracją. Dla mnie mają sens tylko wtedy, gdy przekładają się na konkretne interwencje i działania.

Posiedzenie senackiej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi
Posiedzenie senackiej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi
fot. H. Pielas - Kancelaria Senatu

Jakie są pani priorytety na kolejny rok? Tylko proszę bez listy życzeń.

To zacznę od rzeczy bardzo konkretnej: powstał Parlamentarny Zespół ds. Graffiti, któremu przewodniczę. I wiem, że dla części osób może to brzmieć jak temat poboczny, ale dla mnie taki nie jest.

Dlaczego?

Bo wystarczy przejść się po Krakowie, żeby zobaczyć skalę problemu. Pobazgrane kamienice, oszpecone przejścia podziemne, zniszczony tabor, elewacje i mury. Nie zamierzam tego bagatelizować. Trzeba wreszcie oddzielić wandalizm od sztuki ulicznej i przestać udawać, że to jedno i to samo.

Czyli: dla artystów – przestrzeń, dla wandali – koniec taryfy ulgowej?

Dokładnie tak. Nie mam problemu z dobrze zaprojektowanym street artem. Mam problem z bezmyślnym niszczeniem miasta. I tu moje stanowisko jest proste: dość tego.

A poza tym?

Nie odpuszczę sprawy przebiegu S7, bo to będzie jedna z najważniejszych bitew o Kraków w najbliższych latach. Bardzo niepokoi mnie też sprawa zanieczyszczenia Potoku Olszanickiego. Zgłosili się do mnie mieszkańcy i zamierzam tę sprawę pociągnąć. Nie lubię polityki, która kończy się na mówieniu. Wolę, kiedy za słowami idą efekty.

Na koniec: po roku w Senacie bardziej czuje się pani polityczką ogólnopolską czy „senatorką z Krakowa”?

Bez wahania: senatorką z Krakowa. To tutaj zostałam wybrana i to wobec mieszkańców tego miasta mam największe zobowiązanie. Oczywiście pracuję nad sprawami ogólnopolskimi, ale mój mandat ma dla mnie bardzo konkretny wymiar: mam być skuteczna tutaj, a nie tylko obecna w Warszawie.

Nawet jeśli część ludzi powie, że to po prostu dobrze opakowana polityczna narracja?

To niech mnie rozliczają z efektów, a nie z opowieści. To będzie najuczciwsze.