Mieli ścigać każdą patodeweloperkę. Urząd się chwali, radny mówi o didaskaliach
Wątpliwe praktyki inwestorów
„Kraków idzie na wojnę z patodeweloperką” – krzyczały nagłówki lokalnych mediów ponad rok temu.
Chwilę wcześniej prezydent Aleksander Miszalski i jego zastępca Stanisław Mazur przedstawili pomysł, jak zatrzymać wątpliwe praktyki, które stosują inwestorzy.
Wśród nich wymieniali przebudowę domów jednorodzinnych na bloki z mikrokawalerkami, stawianie budynków na osuwiskach oraz kreowanie sztucznej zieleni.
Prezydent Krakowa nie krył, że miasto długo pracowało nad standardami, które zebrano w jednym dokumencie.
Udają lokale usługowe
Od górnolotnych zapowiedzi o „ściganiu każdej patodeweloperki” minął rok.
Jak standardy sprawdzają się w praktyce?
– Głównym sukcesem jest zmiana podejścia projektantów i deweloperów, którzy już na etapie przedstawiania wstępnych koncepcji są informowani, że miasto nie będzie tolerować tzw. „patodeweloperki” – wskazuje Katarzyna Misiewicz z biura prasowego magistratu.
Za „patodeweloperkę” urzędnicy uznają m.in. mikrokawalerki udające lokale usługowe oraz nadmierne betonowanie terenu.
– Dokument stanowi też dodatkowy punkt odniesienia przy wydawaniu decyzji o warunkach zabudowy – podkreśla Misiewicz.
Przewodniczący komisji planowania przestrzennego w Radzie Miasta Krakowa Grzegorz Stawowy z Koalicji Obywatelskiej dostrzega, że miasto konsekwentnie nie wydaje decyzji zezwalających na wydzielenie lokali usługowych do osobnych ksiąg wieczystych.
– W mojej ocenie to kluczowe dla zatrzymania ekspansji tzw. PRS-ów, czyli budynków usługowych, które udają bloki – wskazuje radny Stawowy. – Mam nadzieję, że taki efekt został osiągnięty m.in. dzięki standardom odpowiedzialnego budownictwa. Reszta to didaskalia – przekonuje.
Kary za nieprawidłowości
Miejscy urzędnicy dostrzegli z kolei, że znacząco wyhamowały wnioski o budowę „aparthoteli”, które w rzeczywistości miały być blokami z mikrokawalerkami.
Wśród efektów nowej polityki miasta dotyczącej ścigania tzw. patodeweloperki magistrat wymienia też drobne rzeczy, które raczej trudno uznać za spektakularny sukces.
Urzędnicy podają przykład ośmiu budynków jednorodzinnych w Nowej Hucie, w przypadku których inwestor miał kłopot z uzyskaniem zielonego światła na ich użytkowanie.
Okazało się, że nie posadził czterech drzew, które miał zapisane w pozwoleniu na budowę. Ostatecznie, po interwencji, wszystko zostało zrealizowane zgodnie z prawem.
Problemy miał również inwestor, który także w Nowej Hucie postawił trzy bloki z ponad 130 mieszkaniami, ale nie zrealizował już zaprojektowanej powierzchni biologicznie czynnej.
Inwestor poprawił się i gdy już wszystko było zgodne z projektem, uzyskał od nadzoru budowlanego pozwolenie na użytkowanie budynków.
Z dużą sprawą krakowski magistrat miał do czynienia na północy miasta, gdzie powstało ponad 40 budynków jednorodzinnych w zabudowie bliźniaczej.
W tym przypadku na inwestorów nałożono obowiązek przywrócenia terenów biologicznie czynnych, czyli po prostu zielonych. Tak też uczynili.
Chcieli budować na osuwiskach
Wśród zablokowanych inwestycji miasto podaje przykład dwóch dużych kompleksów „usługowych”, planowanych w rejonie Płaszowa. Inwestorzy wycofali wnioski o tzw. wuzetki: zdaniem urzędników „naruszały standardy dotyczące uwarunkowań środowiskowych”.
W kilku przypadkach deweloperzy musieli przeprojektować swoje inwestycje, rezygnując np. z tzw. zielonych ścian na rzecz posadzenia drzew.
– Kwestionowano również projekty, które zakładały zabudowę na terenach o dużym nachyleniu. Chodzi o potencjalne osuwiska – dodaje Katarzyna Misiewicz z biura prasowego krakowskiego magistratu.
W urzędzie wskazują, że najwięcej interwencji odnotowano w dzielnicach: Podgórze (intensywna zabudowa w rejonie Płaszowa i Rybitw), Dębniki (naciski na zabudowę terenów zielonych i obrzeży Bielańsko-Tynieckiego Parku Krajobrazowego) oraz Grzegórzki (problemy z nadmiernym zagęszczeniem zabudowy w centrum).
To wszystko nie rozwiązuje jednak problemu w stu procentach. O tzw. patodeweloperce w Krakowie wciąż głośno krzyczą mieszkańcy.
Ostatnio w Bronowicach, gdzie w ramach protestu doszło nawet do blokady jednej z głównych dróg dojazdowych do miasta.