Nad Osiedlem Jasna nie zaszumią już wierzby płaczące. Drzewa wycięto
Ekipa pilarzy pojawiła się na osiedlu przed kilkoma dniami. Robotnicy przyjechali autem, rozstawili taśmy ochronne i przystąpili do pracy. Były wczesne godziny przedpołudniowe, pogoda pochmurna, więc liczba osób przebywających na placu była niewielka. Urządzenia poszły w ruch. Wszystko trwało kilkanaście minut. Po wszystkim pracownicy spakowali sprzęt i odjechali.
Internetowa burza
Na placu zostali zdumieni efektem ich prac mieszkańcy. Kilkoro ludzi starszych, matki z dziećmi. Na chwilę zatrzymywali się przechodnie wracający z zakupów.
– Dwie najpiękniejsze wierzby, które tam rosły od zawsze, ścięto. Dawały one cień utrudzonym matkom i frajdę brykającym po placu dzieciom. Kiedy tamtędy przechodziłem tuż po całej sytuacji, ludzie załamywali ręce i robili zdjęcia. Podchodzili do mnie i pokazali dzieło zniszczenia – opisuje zastaną sytuację Leszek Dzieński, szef tamtejszej rady osiedla.
Zdjęcia z miejsca zdarzenia natychmiast pojawiły się w sieci. Internet się zagotował. Określenie urzędników mianem barbarzyńców było najlżejszym, które wychodziło spod pióra komentatorów. Magistrat został generalnie obsobaczony. Nie wszyscy jednak podzielali to zdanie.
– „Płaczecie, jakby wykarczowali co najmniej Puszczę Białowieską”, „Żebyś tak kochał sąsiada, jak to spróchniałe drzewo”, „Puknij się w ten wierzbowy łeb” – radzono w sieci obrońcom roślin.
„Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”
W poprzednich latach kilka interwencji drwali odbiło się szerokim echem wśród mieszkańców. Przeważały głosy oburzenia i obawy o księżycowo-betonowy krajobraz miasta.
Do dziś wielu Tarnowian nie może wybaczyć byłemu prezydentowi Romanowi Ciepieli tego, że dopuścił do rzezi alei kasztanowców rosnących wzdłuż budynku seminarium przy ul. Piłsudskiego. Po ponad stuletnich dorodnych okazach ostał dziś goły trawnik, z którego nieśmiało wystają malutkie drzewa. Poprzednik Jakuba Kwaśnego zbierał również za uczynienie z Parku Strzeleckiego niemalże pustyni. I na nic zdały się tłumaczenia ówczesnego włodarza Tarnowa, że z krajobrazu ogrodu usunął jedynie samosiejki.
Ale, przyznać też trzeba, że i gleba tarnowska momentami przychylna drzewom nie była. Średnio w 2022 roku przyjęły się klony tatarskie, które miały być orężem w walce z betonozą panującą przy ul. Wałowej. Pochłonęły one część z półmilionowej kwoty planowanej na ukwiecenie reprezentacyjnego miejskiego deptaka. Z kolei sadzone za pieniądze norweskie w grudniu (!) 2023 roku czterdzieści lip na dwupasmówce przy ul. Słonecznej po roku smętnie uschły, zaczęły zagrażać kierowcom i trzeba je było wyciąć. 400 tys. złotych poszło w piach.
„Na pochyłe drzewo radni z Jasnej skaczą”?
Urzędnicy, z którymi rozmawiamy, są dość mocno zaskoczeni burzą, jaka rozpętała się wokół ściętych wierzb płaczących na Osiedlu Jasna. Uważają, że szum jest niewspółmierny do skali zjawiska. Próbują się tłumaczyć. Jako koronny podają argument bezpieczeństwa mieszkańców.
Jako przykład podaje sytuację z lipca ubiegłego roku, która wydarzyła się podczas odpustu w Sanktuarium Matki Bożej Szkaplerznej na Burku. Nabożeństwa odbywają się wówczas przy ołtarzu polowym.
– Tego feralnego dnia przyszedł gwałtowny wiatr, który oderwał od konara wielką gałąź. Ta spadła na plac kościelny i uszkodziła dach zakrystii XV-wiecznego kościółka. Szczęściem, proboszcz zdążył spędzić wszystkich do środka, bo wolę sobie nie wyobrażać, co mogłoby się wówczas stać – mówi.
Do podobnej sytuacji, jak słyszymy, mogło dojść „na Studziankach”. Dwie wierzby miały być w katastrofalnym stanie. Chore, zagrzybione i spróchniałe mogły w każdej chwili przygnieść bawiące się na placu zabaw dzieci. Ścięcie ich było więc koniecznością. Na owe argumenty zdają się być głusi jak pień radni osiedlowi.
– Skoro zdarza się, że konar drzewa może się wskutek wichury oberwać, dla bezpieczeństwa mieszkańców, na wszelki wypadek, wytnijmy wszystkie drzewa. A jeśli większe niebezpieczeństwo od drzew stwarzają samochody, to wprowadźmy znany z Anglii Locomotive Act, który nakazywał, by przed pojazdem szedł człowiek z czerwoną chorągiewką – zżyma się Mirosław Poświatowski, przewodniczący zarządu Rady Osiedla Jasna.
Ile drzew poszło pod topór w 2026 roku?
Procedura pozbycia się drzewa z krajobrazu miasta jest dość precyzyjnie określona. Najpierw do urzędu trafia sygnał, że z jakąś rośliną jest coś nie tak. Bo, przykładowo, schnie, gnije czy niebezpiecznie przechyla się w stronę chodnika, jezdni lub placu zabaw. Na miejsce udaje się delegacja urzędników. Stukają, pukają, oglądają z każdej strony. I podejmują decyzję. Gdy potrzeba, składają wniosek o zezwolenie na wycinkę. Tę wydaje uprawniony organ. Może być to marszałek województwa, prezydent miasta czy konserwator zabytków.
W 2026 roku Gmina Miasta Tarnowa wystąpiła do tej pory z dwunastoma wnioskami o wycinkę łącznie 25 drzew.
– Ale proszę zwrócić uwagę na fakt, że powyższe dane są aktualne na dziś. A rozmawiamy 15 kwietnia przed południem. W ciągu roku ulegną one zwiększeniu ze względu choćby na konieczność reakcji na wnioski mieszkańców – wyjaśnia Michał Szczakuła, zastępca dyrektora Wydziału Gospodarki Komunalnej i Ochrony Środowiska UMT.
Za każdy ścięty pień miasto jest zobowiązane do posadzenia co najmniej jednego drzewa. Nie zawsze jest to jednak możliwe w tym samym miejscu.
– Bo co zrobić, gdy pod spodem biegnie światłowód, sieć wodociągowa czy ciepłownicza. Korzenie się rozrosną i co? Zostawimy kogoś bez wody czy Internetu? – zastanawia się Maciej Włodek.
Wiemy natomiast, że nasadzeń będzie więcej niż wycinek. W krajobrazie miasta pojawi się co najmniej 100 nowych drzew. Na część z nich pójdą pieniądze z puli 80 mln złotych otrzymanych w ramach funduszy szwajcarskich.
A wystarczyło pogadać…
Emocje powoli stygną, choć pod postami na Facebooku pojawiają się jeszcze komentarze. Po chłodnej analizie okazuje się, że całej burzy… można było w ogóle uniknąć.
– Już opłakałem tę wierzbę płaczącą, której cień pamiętam jeszcze z dzieciństwa. Ale dlaczego jestem zniesmaczony czy nawet zbulwersowany całą tą sytuacją? Bo nikt z nami jej nie konsultował. Ani z mieszkańcami, ani radą osiedla. Nikt nie potraktował nas poważnie. Przyszli goście z piłami i było po sprawie – smuci się Leszek Dzieński.
By nie zostać z łatką rozżalonego malkontenta, proponuje rozwiązanie ewentualnych podobnych sytuacji w przyszłości.
– Znajdźmy złoty środek, żeby nie podcinać gałęzi, na której siedzimy i nie wieszać się na suchym konarze. Po prostu rozmawiajmy ze sobą, informujmy się, a nie strzelajmy „z partyzanta”. Wówczas wszyscy będziemy zdrowsi – podsumowuje całą sprawę miejski aktywista.