"Nie cieszyłem się po bramce? Byłem w szoku" [Rozmowa]

Wokół niespełna 19-letniego Bartosza Kapustki zrobił się szum po debiucie i golu w kadrze. – Ja dalej jestem tym samym chłopakiem. Czego potrzebuję? Trochę spokoju – mówi reprezentant Polski w rozmowie z LoveKraków.pl.

Michał Knura, LoveKraków.pl: 67 lat kibice Cracovii czekali na gola swojego zawodnika w kadrze. Z takim numerem gra pan w klubie.

Bartosz Kapustka: Dla mnie to jest wspaniała sprawa. Cieszę się, że tworzę swoją historię. Teraz muszę jeszcze ciężej pracować, by zasłużyć na kolejne powołanie.

Wyjaśnijmy skąd wziął się pana nr 67 na klubowej koszulce,  bo krąży kilka wersji.

Kiedy byłem na obozie w Turcji, zadzwonił do mnie rzecznik prasowy i zapytał, jaki chcę mieć numer. Nie miałem łatwego zadania, bo wówczas wszystkie do 20-25 były zajęte. Od razu pomyślałem więc o rodzicach, o mamie, która urodziła się w 1967 roku. Cały czas śledzą moje losy, bardzo mnie wspierają. Kiedy wychodzę na boisko, to zawsze myślę o mamie. Rodzicom zadedykowałem mojego pierwszego gola w reprezentacji. Mamie i tacie, który zawiózł mnie na pierwszy trening.

Jak zareagował pan na to niespodziewanie zaproszenie do kadry?

Byłem ogromnie zaskoczony. W życiu nie spodziewałbym się powołania, tym bardziej, że już wcześniej wiedziałem o tym, że mam jechać na spotkanie młodzieżowej kadry do lat 21. Oczywiście towarzyszyła mi ogromna radość i starałem się z tego wynieść jak najwięcej: nabrać doświadczenia, pokazać się z dobrej strony i sprawdzić na tle najlepszych polskich piłkarzy.

Zaczął pan mecz z Gibraltarem średnio, pierwsze zagranie było w aut.

Gdybym miał tę samą sytuację teraz, to wybrałbym inne rozwiązanie lub zdecydował się na uderzenie. Na małe usprawiedliwienie powiem, że piłka mi trochę podskoczyła, bo boisko było dość błotniste. Jednak kilka chwil później byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, gdy zobaczyłem, że piłka wpadła do siatki.

Mocno zestresował się pan powołaniem i w momencie wejścia na boisko?

Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie pojawił się dreszczyk emocji. Nie byłem jednak sparaliżowany. Potraktowałem to jako ogromne wyróżnienie, niewielu przecież może zagrać na Stadionie Narodowym. Robię w życiu to, co kocham i ostatnie dni były dla mnie nagrodą za ciężką pracę.

Jak przyjmuje się nowego w kadrze? Chrzest, otrzęsiny?

Teraz są inne czasy, nie ma tego. Koledzy bardzo mi pomogli w aklimatyzacji, podeszli z dużą serdecznością. Muszę podkreślić, że atmosfera w obecnej reprezentacji jest naprawdę świetna. Każdy bez wyjątku ze mną porozmawiał, starał się pomóc. W pokoju mieszkałem z Kamilem Wilczkiem, innym zawodnikiem, który dostał pierwsze powołanie.


Rozmowa z kapitanem była?

Tak, Robert Lewandowski był jednym z pierwszych, który się ze mną spotkał. Pytał o różne sprawy. To coś niesamowitego. Kilku zawodników znałem z ekstraklasy, ale większość reprezentantów mogłem dotąd oglądać jedynie w telewizji.

Zmienił pan piłkarza, który zrobił dla tej kadry bardzo dużo.

Wie pan, że przeszła mi taka myśl w momencie, gdy Kuba Błaszczykowski zbliżał się do linii bocznej? Mam do niego ogromny szacunek i wciąż cieszę się, że takie coś miało miejsce. Kuba to ikona tej reprezentacji.

Jak trener Nawałka przygotowywał pana do debiutu?

Rozmawialiśmy przed meczem. Mówił, że mam się jak najlepiej przygotować, skoncentrować i jak nadarzy się okazja, to pojawię się na murawie.

Trener mówi: Bartek, wchodzisz. Pierwsza pana myśl?

Najpierw była duża radość, potem mały stres. Dalej było z górki, wszedłem na murawę i skupiłem się na grze.

Mógł pan liczyć na pomoc Krzysztofa Mączyńskiego z Wisły, który ma większe doświadczenie w kadrze?

Oczywiście. Razem pojechaliśmy pociągiem na zgrupowanie, więc była okazja do rozmowy. Wiedziałem więc, co mnie czeka. Krzysiek jest świetnym facetem. Nie było mowy o żadnej niechęci, bo ja gram w Cracovii a on w Wiśle. Po meczu gratulował mi bramki, długo rozmawialiśmy.

W którym momencie towarzyszyło panu więcej emocji: po niespodziewanym telefonie od selekcjonera czy po debiucie i golu. Spał pan w nocy?

Mało, ale głównie przez to, że ze Stadionu Narodowego nie wracałem do hotelu, tylko od razu na dworzec, gdzie wsiadłem do pociągu do Krakowa. Po powołaniu zasnąłem, ale ta myśl cały czas krążyła w mojej głowie. Poza tym czekałem na kolejny dzień i oficjalną listę powołań.

Nie wierzył pan, że to prawda?

Może trochę (śmiech).

Na gola zareagował pan dość spokojnie, nie było szalonej radości.

Może przez to, że byłem w małym szoku i nie wiedziałem, jak się zachować (śmiech). Chciałem też od razu podziękować Kamilowi Grosickiemu, który dobrze dograł do mnie. Dlatego od razu pobiegłem w jego stronę.

To nie był gol w pana stylu. Poszedł pan wślizgiem jak prawdziwy snajper.

Poszedłem w ciemno. Widziałem, że Kamil Grosicki spogląda w pole karne. Pomyślałem więc, że trzeba wyjść w odpowiednim momencie przed szereg i może nadarzy się okazja. Miałem sporo szczęścia, bo nie trafiłem piłki czysto.

Pana marzenia?

Nie lubię wybiegać w przyszłość. Teraz myślę o najbliższym meczu ligowym z Niecieczą. Będzie to bardzo ważne spotkanie dla układu tabeli. Zdajemy sobie sprawę, że pierwsze zwycięstwo na naszym stadionie musi przyjść już teraz.

Co do przyszłości… Wszystko w moich nogach i głowie. Zdaję sobie sprawę, że poprzeczka pójdzie w górę. Zadanie na najbliższe miesiące jest proste: ustabilizować formę.

Co pomyśli reprezentant Bartosz Kapustka, gdy z Niecieczą trener posadzi go na ławce? Nie obrazi się?

(długa cisza) Mam nadzieję, że będę dobrze wyglądał na treningach i nie będzie takiej sytuacji.