„Nie jestem tylko chłopcem, który przeżył". Wysokie cele 30-letniego rencisty z orzełkiem na piersi
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że zostanie architektem. – Od dziecka bardzo lubiłem wyobrażać sobie różne rzeczy. Jednak mimo skończonych studiów, pracy u boku znanego architekta i perspektywy rozwoju zawodowego w tej branży, postanowił z tego zrezygnować. Jak mówi dzisiaj – Nie czułem się w tym dobrze. Nie lubię robić rzeczy, które mnie nie bawią.
Później swoje kroki skierował do branży IT. I to właśnie tutaj poczuł się „bardziej na miejscu”. Oprócz stabilizacji życiowej, dobrych zarobków, poznał w tym miejscu również swoją przyszłą żonę.
Będąc aktywnym zawodowo, był również aktywny sportowo. Robił to dla siebie. Oprócz wspinaczki lubił też wyczynowo pojeździć na rowerze.
Nastała cisza, nastała ciemność
Może to był zwykły pech, może chwila nieuwagi, a może jeszcze coś innego …
19 lipca 2022 roku wszystko się zatrzymało. Jak wspomina, uczył się wtedy w Lesie Wolskim skoków na rowerze. Miał u swego boku trenera, a na głowie założony kask. Mimo to, wypadku nie udało się uniknąć. Z tego co działo się po skoku nie pamięta już zupełnie nic, nagle nastała cisza i ciemność.
Cisza, która trwała bardzo długo. Zarówno dla niego samego, jak i dla jego bliskich. Pierwsze godziny po wypadku były koszmarem. Lekarze przekazywali rodzinie tylko szczątkowe informacje, padały medyczne terminy, o których nikt z jego bliskich wcześniej nie słyszał.
Nikt też nie umiał wówczas odpowiedzieć na pytanie – co będzie dalej?
Oczekiwanie na odpowiedź trwało prawie sześć tygodni. Bo tyle Mateusz spędził w śpiączce. Najmniejsze znaki, które stopniowo dawało jego ciało, napawały bliskich Mateusza wielkim optymizmem. Jednak na najbardziej znaczący gest, wszyscy musieli bardzo długo czekać.
Po sześciu tygodniach przyszła – być może pierwsza – tak bardzo w pełni świadoma odpowiedź ze strony Mateusza. Jak wspominała jego żona – wówczas jeszcze dziewczyna – Justyna, to nie było tak jak na filmach, że nagle otworzył oczy, zaczął mówić i wstał z łóżka. W przypadku Mateusza był to niezwykle symboliczny i wzruszający gest, który był adresowany właśnie do niej.
– Pamiętam ten dzień doskonale. Przyszłam do szpitala bardzo zmęczona. Usiadłam przy łóżku Mateusza i powiedziałam do niego, że potrzebuję przytulasa. I wtedy on zarzucił ramię na moją szyję. Przytulił mnie – opowiadała Justyna. Wtedy było już pewne – Mateusz wrócił!
„Ten wypadek mnie nie definiuje”
Media rozpisywały się na temat historii Mateusza i karkołomnej rehabilitacji, którą rozpoczął po wypadku. On sam jednak mocno zaznacza, że te wydarzenia nie są czymś, co go definiuje. – Nie wiem czy za 10 lat będziemy mówić o tym wypadku. Jednak ja nie chciałbym być definiowany w ten sposób. Nie chcę by mówiono, że moją siłą jest stwierdzenie „ten chłopiec, który przeżył” – jak w Harrym Potterze – mówi.
Po „przecinku” przyszedł czas na zmiany
– Kiedyś dużo zarabiałem, rekreacyjnie uprawiałem sport. A teraz w wieku 31 lat w ZUS-ie mam status rencisty. Jestem upartą osobą, dlatego też nie mam do nikogo pretensji. To, że wtedy znalazłem się w tamtym miejscu, to była tylko i wyłącznie moja decyzja. Nikogo za to nie obwiniam. To, że zrezygnowałem teraz z IT to też moja decyzja – tłumaczy.
W pracy programisty odnajdywał się naprawdę dobrze. – Bez dwóch zdań była moim dużym zainteresowaniem. W wolnych chwilach doszkalałem się by być coraz lepszym. Myślałem, że stworzenie aplikacji treefrog-vision będzie czymś, co pozwoli mi wrócić do branży. W przerwach od rehabilitacji udało mi się ją stworzyć od zera. Teraz jest publicznie dostępna i sam jej używam do rehabilitacji wzroku – opowiada.
– Coś się kończy, coś się zaczyna. Nie chcę tkwić w przeszłości. Zmieniłem już raz branżę, dam radę kolejny raz. Muszę w to wierzyć – podkreśla.
Kariera z orłem na piersi
Wraz z powrotem do sprawności, Mateusz wrócił do sportu, a dokładnie do wspinaczki.
W ubiegłym roku zajął drugie miejsce na II Otwartych Mistrzostwach Polski w Parawspinaczce. To właśnie ten sukces otworzył mu drogę do dalszego rozwoju. Na początku stycznia jego nazwisko znalazło się wśród 11 sportowców powołanych do Kadry Narodowej PZA w Parawspinaczce na rok 2026.
Czasami trzeba trochę odpuścić
Czując tak dużą odpowiedzialność, jaka teraz spoczywa na jego barkach, Mateusz nie pozwala sobie na dłuższe przerwy w treningach. – Gdy czuję, że dzisiaj naprawdę jestem zmęczony i nie dam rady zrobić dobrego treningu na ściance, proszę moją trenerkę o zmodyfikowanie planu. Wtedy zwykle idę na dłuższy spacer lub daję sobie czas na regenerację – mówi.
Trenuje sześć razy w tygodniu, łącząc ściankę, basen i wymagającą motorykę w domu. Jak sam przyznaje, po latach poszukiwań nowej drogi – w tym próbach powrotu do IT – zrozumiał, że nie chce walczyć z przeznaczeniem. Wybrał opcję „all in” i dziś traktuje wspinaczkę jak pełnoetatową pracę, mimo że na niej jeszcze nie zarabia.
„Znaleźliśmy się wtedy, gdy najbardziej siebie potrzebowaliśmy”
Powołanie do kadry było momentem kolejnego przeorganizowania życia Mateusza. Treningi musiały zostać zintensyfikowane, do tego doszła też specjalna dieta i praca z całym sztabem trenerskim.
W tej drodze od pół roku towarzyszy mu trenerka Sara Kurlit, prezes Fundacji Sprawne Wspinanie. Sara nie tylko rozpisuje mu specjalistyczne plany treningowe, ale też sama czerpie od niego siłę. Po własnych kontuzjach, które jak mówi, nie pozwalają jej wspinać się – na dobrym poziomie – to właśnie pozytywne nastawienie Mateusza pomogło jej odnaleźć samą siebie w tych nowych okolicznościach.
– Ja tu przyjeżdżam [na treningi – przyp. red.] tylko dla Mateusza, a Mateusz dla mnie – mówi Sara. – Bardzo mi pomógł w tym tzw. „zawodniczym zjeździe”.
Wspólnie tworzą duet, który mierzy wysoko – ich najbliższym celem są czerwcowe Mistrzostwa Świata, choć wyjazd wciąż zależy od wyników na konsultacjach i finansowania.
– Mateusz jest bardzo uparty i gadatliwy. Trzeba go cały czas stopować, bo inaczej byśmy nic w danym dniu treningowym nie zrobili. Ale przede wszystkim, Mateusz wie, co chce osiągnąć. Jest bardzo zdeterminowany w dążeniu do celu, przez co jest świadomym zawodnikiem, zna swoje ciało, możliwości i ograniczenia – mówi Sara.
Jak również zaznacza: – Teraz życie Mateusza zupełnie się zmieniło. Trening jest na pierwszym miejscu, a dopiero potem cała reszta.
Czy tylko ciało odgrywa tu istotną rolę? – Wspinaczka to bardzo mentalny sport, w którym wiele można osiągnąć głową, dlatego Mateusz o tym wie, że musi wyłączać w sobie taki „kalkulator niebezpieczeństwa” podczas wspinania – tłumaczy.
Jak sama ocenia, w treningach Mateusza nie ma rzeczy nie do przejścia.
Potrzebna jest cierpliwość
– To wszystko jest długotrwałym procesem. Wspinając się na tym poziomie nie mówimy o ciągłem progresie. Czasami właśnie tego się boję, że Mateusz załamuje się, że tego progresu nie widać. Jednak musimy pamiętać o jednym – Mateusz jest już na takim poziomie, że na bardzo niewielki progres trzeba pracować bardzo długo. Dlatego jedyne czego się boję, to tego, żeby Mateusz nie zniechęcał się, gdy progres nadchodzi małymi krokami, których on może nie zauważać – mówi Sara.
Podstawą jest zaufanie
Co będzie później?
Dalsze plany to wciąż niepewność, ale i duża nadzieja.
– Czy będzie się z tego dało utrzymać? Czy będę miał dalszą możliwość rozwoju? Nie mam pojęcia. Zobaczymy, co będzie. To dopiero początek. Moja kariera w kadrze narodowej dopiero się zaczyna. Nie utrzymuję się z tego w żaden sposób. Moje dochody to renta i zasiłek. Ale mam nadzieję, że za jakiś czas, uda się to przekuć w pomysł na życie – również ten w wymiarze zarobkowym – mówi Mateusz.
Wypadek nie był kropką w jego życiu, ale zwykłym przecinkiem. Mateusz każdego dnia pisze swoją historię dalej – z tą różnicą, że teraz z orłem na piersi. Nie chce być „chłopcem, który przeżył”, lecz sportowcem definiowanym przez swoje wyniki – nie przez sam fakt wypadku. Jak podkreśla, chce żyć odważnie i robić to, co kocha.