„Nie wiedziałem, co wiozę”. Głośny proces przed krakowskim sądem nadal trwa

Czy wie pan, co to był za ładunek? – dopytywała sędzia. – Wiem tylko, że był trefny – odpowiedział świadek. W krakowskim sądzie odbyła się kolejna rozprawa, dotycząca spółki Clif ze Skawiny i niebezpiecznych odpadów.

Biznes na niebezpiecznych odpadach

Przed krakowskim sądem wciąż trwa proces, dotyczący tzw. mafii śmieciowej.

Sprawa ma związek z działalnością spółki Clif ze Skawiny, która zdaniem śledczych składowała, a następnie pozbywała się odpadów niebezpiecznych w sposób zagrażający środowisku i ludziom.

Na ławie oskarżonych zasiada m.in. Andrzej N., któremu prokuratura postawiła zarzut kierowania zorganizowaną grupą przestępczą

Miała działać w latach 2017-2019.

Akt oskarżenia, który trafił do Sądu Okręgowego w Krakowie w maju 2020 roku, obejmował łącznie 41 osób w wieku od 25 do 75 lat. 34 z nich przypisano udział w grupie Andrzeja N. Dokument, wraz z uzasadnieniem, liczył ponad 600 stron.

Sprawy 22 oskarżonych zostały wyłączone do odrębnych postępowań. Zapadły już wyroki. 

Na ławie oskarżonych wciąż zasiada 19 osób.

Pozornie normalna działalność

Spółka Clif, w której Andrzej N. był prokurentem, na pierwszy rzut oka prowadziła normalną działalność gospodarczą.

Sprzedawała usługę odbioru i zagospodarowania odpadów niebezpiecznych, które w dalszej kolejności miały zostać w profesjonalny sposób zutylizowane.
Ewa Sacha, prokuratorka, która pracowała nad tą sprawą

– Firma Andrzeja N. była zarejestrowana, odprowadzała podatki, wystawiała faktury. Jednak to wszystko było przykrywką dla prowadzenia działalności przestępczej – tłumaczyła nam jakiś czas temu prokurator Sacha.

Z jej ustaleń wynika, że spółka zarabiała duże pieniądze, idące w miliony złotych.

– Firmy, z których pochodziły odpady, otrzymywały stosowny dokument, który potwierdzał, że zostały one od nich odebrane przez profesjonalny podmiot. W tym momencie wytwórca odpadów czuł się całkowicie zwolniony z jakichkolwiek obowiązków względem nich. Nie wiedział jednocześnie, że zamiast do miejsc, które zajmują się utylizacją niebezpiecznych substancji, trafiały one na nielegalne składowiska – tłumaczyła Sacha.

Akta
Akta
Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

Wyliczała, że w prawidłowy sposób zutylizowano zaledwie jeden procent z 56 tys. ton niebezpiecznych dla człowieka i środowiska odpadów.

Kierujący grupą Andrzej N. sprzedał podmiotom gospodarczym usługi odbioru i zagospodarowania odpadów niebezpiecznych o łącznej wartości ponad 23 milionów złotych. Zamiarem jego było porzucenie odpadów, celem uniknięcia kosztów, związanych z ich unieszkodliwieniem – tłumaczą policjanci, którzy znają kulisy sprawy.

Były to m.in. odpady przemysłu chemicznego, petrochemicznego oraz farbiarskiego.

Nie wiedział, co wiózł

W miniony czwartek w krakowskim sądzie odbyła się kolejna rozprawa. 

Zeznawał mężczyzna, który realizował jeden z transportów, przechwyconych ostatecznie przez policję.

Świadek wspominał, że w tamtym czasie prowadził firmę, która zajmowała się m.in. przewozem kruszywa oraz materiałów sypkich.

Pewnego dnia otrzymał zlecenie. Kobieta i mężczyzna chcieli, żeby zrealizował transport na teren powiatu kieleckiego.

– Nie powiedzieli, czym zostanę załadowany, oraz w jakim celu odbywa się transport – zeznawał świadek.

Oczekiwania zleceniodawców były takie, żeby na załadunek przedsiębiorca przyjechał dwiema wywrotkami

Obie zostały załadowane na małym placu w rejonie Krakowa. Jak stwierdził świadek, zegar w jego wywrotce nie wskazywał, aby przekroczona została ładowność 25 ton. Dodał, że otrzymał dokument WZ. 

W ogólnodostępnych źródłach czytamy, że to nic innego jak po prostu dowód przekazania towaru odbiorcy.

– Nie wiem, czym zostałem załadowany. Nie przyglądałem się – podkreślił przed sądem. 

Wywrotki ruszyły w drogę. – Drugi kierowca jechał za mną – zeznał mężczyzna.

Załadunek został przewieziony na teren kopalni. – Nie pamiętam nazwy miejscowości, w której się znajduje – dodał.

– W trakcie podnoszenia skrzyni ładunkowej, podjechał radiowóz. Mój załadunek został załadowany z powrotem. Oba moje pojazdy do tej pory pozostają zabezpieczone. Poniosłem straty – przekonywał świadek.

Jak stwierdził, po całym zdarzeniu nie miał już kontaktu ze zleceniodawcami. Drugi kierowca, przestraszony sytuacją, zwolnił się.

Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

– Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska nałożył na mnie karę w wysokości 5 tys. złotych, którą zapłaciłem. Została nałożona, ponieważ nie posiadałem zezwolenia na transport tego rodzaju ładunku – podkreślił.

– Czy wie pan, co to był za ładunek? – dopytywała sędzia. – Wiem tylko, że był trefny. Ale co to konkretnie było, tego nie wiem – stwierdził. Zauważył, że to, czym został załadowany, wcześniej znajdowało się na hałdzie.

Kolejna rozprawa odbędzie się początkiem grudnia. Zeznawać mają biegli. 

W krakowskim sądzie twierdzą, że proces jest na zaawansowanym etapie. Niektórzy prawnicy, z którymi rozmawialiśmy, uważają natomiast, że od kilku lat dużych postępów w tej sprawie nie ma.