Niemcy, Macierewicz i wakacyjna miłość, czyli krakowska Gala Stand-Up
Prawie 1000 osób spędziło środowy wieczór zalewając się łzami. Nie płakali jednak z żalu czy wzruszenia. Płakali śmiejąc się z siebie. A wszystko dzięki pierwszej polskiej Gali Stand Up w Klubie Studio.
Sala pękała w szwach, a krzesła były ustawione tak blisko siebie, że więcej miejsca na kolana znajdziecie w tanich liniach lotniczych. Bilety wyprzedały się na długo przed imprezą. Wszyscy spodziewali się naprawdę najwyższej jakości żartów i monologów. Wysoki poziom stand-up'u miały gwarantować czołowe nazwiska polskiej sceny - Abelard Giza i Kacper Ruciński. Nie ma wątpliwości, że to właśnie na nich publiczność liczyła najbardziej. Nie gorzej zostali przyjęci równie znani Tomasz Jachimek i Rafał Rutkowski. Poza tą popularną czwórką, na scenie pojawili się też Karol Kopiec i Antoni Syrek-Dąbrowski. Wątpię, by ktokolwiek wyszedł niezadowolony.
Całą imprezę w rytmie popularnych, energicznych przebojów poprowadziła Katarzyna Piasecka. Choć oficjalnie nie występowała z żadnym monologiem, jej krótkie wstawki między występami panów były jednym z najlepszych elementów całego show. Nikt później nie wszedł w taką interakcję z publicznością, a każdy, kto znalazł się w Klubie Studio, mógł spodziewać się z jej strony ostrej riposty. Na wieść, że siedząca w pierwszym rzędzie para ma 7-letni staż związku, wprost skomentowała „a kolanko jakoś się nie zgina”. Co chwilę wprawiała wybrane z widowni osoby w zakłopotanie i choć wielu probówało stanąć z nią w szranki, musieli szybko oddać jej puchar ciętego języka. Nawet najbardziej zaskakujące odpowiedzi widzów nie były w stanie zbić jej z tropu. Konferansjerskie chapeau bas.
W występach panów nie zabrakło niczego. Przekraczali wszelkie granice. Każdy z nich balansował na granicy dobrego smaku, chamstwa i absurdu. Czy jednak nie na tym opiera się stara, dobra szkoła stand-up’u? Już w pierwszych minutach można było zrozumieć, skąd na plakatach dopisek „tylko dla dorosłych”. Było o wszystkim - od stosunków damsko-męskich, przez nowe technologie, Piotra Żyłę, dresiarzy, publiczne toalety, po konferencję Macierewicza. Nie mogło też zabraknąć stricte krakowskich odniesień. „Lepiej powiedzcie kto jest z AGH?” - pytała ze sceny Piasecka. „A teraz kto jest z UJ-otu?” – dopytywała. Gdy przy drugim pytaniu na sali podniosła się tylko jedna ręka, szybko znalazła ripostę: „Nie jestem Peją, żeby Was podpuszczać, ale jakby co, to wszyscy widzieliście kto podniósł rękę”.
Niestety, fragmenty niektórych monologów fani stand-up’u na pewno znali już z telewizyjnych programów czy internetu. Widownia szybko zareagowała. Gdy Kacper Ruciński rozpoczął monolog na temat musicali, ktoś z publiczności krzyknął pointę całej historii. Na szczęście Ruciński zachował refleks i sprawnie wybrnął z tej sytuacji.
Kluczem do udanego wieczoru była więc publiczność, która żywo i energicznie reagowała na rzucane ze sceny teksty. Nie pozostawała dłużna na żarty kierowane w jej stronę. Było dokładnie tak, jak zapowiadali organizatorzy - bezczelnie, pikantnie, oburzająco i zabawnie. Klub Studio po raz kolejny udowodnił, że nie trzeba bogatej scenografii i gwiazd z zagranicy, by wypełnić salę po brzegi. Nie ma wątpliwości, że przy następnej okazji bilety wyprzedadzą się jeszcze szybciej.
Fot: Fanpage Katarzyny Piaseckiej