Jako 19-latek, był odkryciem Zagłębia Lubin. Ostatnie półtora roku to jednak tylko gra w I lidze, przeplatana wyjazdami na zgrupowania reprezentacji młodzieżowych. Z Damianem Dąbrowskim rozmawialiśmy o nieudanym transferze do Fulham Londyn, „katalońskim” stylu Cracovii, chodzeniu do kościoła i grze na Play Station.
Tomasz Nowak: Dziwnie układają się Twoje losy. Płynny rozwój, kadry młodzieżowe, szybkie przejście do pierwszego zespołu. Od dwóch lat Twoja kariera jednak wyhamowała.
Damian Dąbrowski: Muszę przyznać, że nie do końca idzie to po mojej myśli. Będąc młodym zawodnikiem myślałem, że spędzę w Lubinie całe swoje życie, ale jak podpowiadają mi bliscy, sentymenty trzeba odłożyć na bok. Na początku szybko przebiłem się do składu, miałem dwóch polskich trenerów, jednak gdy przyszedł trener z zagranicy (Pavel Hapal – przyp. red), nie widział mnie w składzie. Musiałem odejść. Szybko udało mi się trafić do Górnika Polkowice, gdzie spędziłem pół roku. Można mieć o tym różne zdania, ale pobyt tam dał mi kolejne doświadczenie. Teraz jestem bardzo zadowolony, że gram w Cracovii, dobrze się tu czuję. Mam nadzieję, że awansujemy i dalej będę mógł się rozwijać w tym klubie, już w Ekstraklasie.
Miałeś jakieś inne oferty oprócz tej z Cracovii?
Było trochę spekulacji i szumu, ale żadna inna oferta nie przyszła. Wiązało się to też tym, że zmieniłem w tym okresie menedżera. Wcześniej był nim Jarosław Nowicki i po grze w Górniku Polkowice wszystko jakoś wyhamowało, tak jak powiedziałeś. Zacząłem się nad tym wszystkim zastanawiać i przez Tomka Salamońskiego skontaktowałem się z Bartłomiejem Bolkiem i Konradem Gołosiem. Nie chodziło o to, że nie byłem zadowolony ze współpracy z moim poprzednim agentem, wręcz przeciwnie. Po prostu nie mogę mieć przez całe życie tego samego menedżera, podobnie jak i klubu.
Wspomniałeś o trenerze Hapalu. Czułeś się gorszy niż sprowadzeni w tamtym okresie Ivan Hodur czy Martins Ekwueme? Czułeś się za słaby na Zagłębie?
Na pewno tak nie uważałem. Trenowałem z nimi i widziałem, że nie jestem gorszy, czasami wręcz przeciwnie, że mogę im dorównać. Ale nic do nich nie mam, są moimi kolegami. Trzeba uszanować decyzję trenera. Widocznie Hapal niżej oceniał moje umiejętności, od początku mniej na mniej stawiał. Choć gdy wcześniej dostawałem szanse od trenerów, to sądzę, że odpłacałem się im za zaufanie.
Czym Cię przekonała Cracovia? Mimo wszystko to jednak I liga.
Konrad (Gołoś – przyp.red.) szukał dla mnie różnych rozwiązań, były też rozmowy z zespołami z Ekstraklasy. Miałem na przykład zagrać w sparingu Piasta Gliwice. Wszystko jednak kończyło się na rozmowach. Bardzo się ucieszyłem, gdy było pewne, że przechodzę do Cracovii, bo to bardzo renomowany i utytułowany klub. Wiedziałem, że za rok będzie chciał wrócić do Ekstraklasy i wybiegając w przyszłość stwierdziłem, że skoro jest możliwość pokazania się w I lidze, to trzeba z niej skorzystać. Jest taki plan, abym został w Cracovii. Póki co, wszystko zmierza w dobrym kierunku.
Jak wygląda Twoja sytuacja klubowa? Cracovia zagwarantowała sobie w wypożyczeniu opcję pierwokupu?
Wcześniej w kontrakcie jej nie miałem. Ale z tego, co mi wiadomo, kluby dogadały się i Cracovia ma opcję pierwokupu za 300 tys. złotych.
Z tego co słyszałem, Twoje losy mogły się potoczyć zupełnie inaczej. W młodym wieku byłeś na testach w Wielkiej Brytanii, bodajże Everton?
Nie, to był Fulham Londyn. Menedżer przekazywał mi, że wypadłem dobrze na tych testach. Przyjechałem do Lubina i kilka osób mówiło mi, że słyszeli pozytywne opinie o moich testach. Ja nie dostałem żadnych konkretów od osób z Anglii, jedynie spekulacje ludzi z klubu. Potoczyło się to tak, że z dużej chmury spadł mały deszcz. Menedżer mówił mi, że wysyłał wielu chłopaków do tego klubu i było wiele szumu, a później Fulham ze wszystkiego się wycofywał.
Według Ciebie wyjazdy na kadrę młodzieżową pomagają czy przeszkadzają w rozwoju piłkarza?
Myślę, że 50 na 50. Na pewno w lepszej sytuacji są zawodnicy, którzy grają w kadrze chociażby 45 minut, a inaczej sytuacja wygląda, gdy zawodnik przesiedzi cały mecz na ławce i później wraca do klubu. To jest fatalna sytuacja. Gra w reprezentacji to jest ogromne wyróżnienie. Z radością jeżdżę na zgrupowania, ale wiąże się to z tym, że czasem w klubie traci się miejsce w składzie.
Podczas zgrupowań zdarzały się wariackie pomysły czy jak aniołki wcześnie chodziliście spać i czekaliście na trening?
Podczas zgrupowań rzadko. Czas i miejsce były po tygodniowym zgrupowaniu, gdy np. w Warszawie mogliśmy wyjść na miasto i delikatnie się pobawić. Raczej wszystko działo się w ten sposób.
Jak zareagowałeś na zainteresowanie filmikiem z Twoją wypowiedzią po meczu z Arką Gdynia? „Mecze z nią zawsze są fajne, kibice też fajni”.
(śmiech) Po meczu rozmawiałem ze swoją dziewczyną i powiedziała mi, że oglądała mój wywiad, że fajnie, fajnie, po czym zaczyna się ze mnie śmiać. Chwilę po meczu towarzyszyły mi emocje, wszystko szybko się działo. Po wywiadzie nawet nie myślałem, że tak się wypowiedziałem. Przyjmuję to z dystansem i jako nauczkę na przyszłość.
Gdy zapytałem o Ciebie Andrzeja Iwana, powiedział, że ciężko mu Cię sklasyfikować. Nie widzi Twoich zagrań w ofensywie, pomimo że takich się spodziewał. Dostrzega za to obniżkę formy w porównaniu z pierwszą rundą. Jak Ty widzisz swoją rolę na boisku?
Na pewno w tych meczach, które rozgrywam bliżej mi do defensywnego pomocnika. Uważam jednak, że młody zawodnik wchodzący do gry bardzo mocno koncentruje się na swoich zadaniach. Na mojej pozycji te zadania są bardziej defensywne i trener jest zadowolony z mojej gry, ale wiem, że jeśli chce się być klasowym zawodnikiem, trzeba umieć zagrać zarówno w jeden, jak i w drugi sposób. Także potrzeba czasu i gry, żeby tych zagrań w ofensywie było znacznie więcej. Wiem, że stać mnie na to. Tym bardziej że jako młody zawodnik bardzo lubiłem to robić – strzelałem bramki oraz często asystowałem. Myślę, że kiedyś przekonam ludzi, że potrafię w ten sposób grać.
Skoro Cracovia ma być polską Barceloną, u Ciebie też powinny być inklinacje do takiej gry. Twoim zdaniem polski klub może choć trochę zbliżyć się stylem gry do Katalończyków?
Wiele osób nas za to wyśmiewa, ale my nie chcemy kopiować czyjegoś stylu. Chcemy cieszyć się grą, od tyłu konstruować akcje. W piłkę się gra, a nie jest to tylko kopanie jej do przodu i próby tworzenia akcji przebitką, wygraniem stykowej piłki. Trener nakreśla nam takie założenia, a my chcemy grać w ten sposób. Gdyby nam się to nie podobało, odeszlibyśmy od tego pomysłu. Chcemy jednak to kontynuować sezon po sezonie, doskonalić ten styl. Bardzo bym chciał, aby taka drużyna grała w Polsce o wysokie pozycje w Ekstraklasie. To będzie dowodem dla wszystkich, że warto podążać w tym kierunku.
Nie męczy Cię w takim razie czasem gra w I lidze, gdy często piłka lata Ci ponad głową?
Jest masa takich meczów i przez to, że gramy takim stylem, często przegrywamy spotkania, bo przeciwnik gra długą piłkę i nas kontruje. W ten sposób tracimy bramki, to jest clue wszystkiego.
W Lubinie często chodziłeś do kościoła?
Tak, rodzice wychowywali mnie w taki sposób, abym często chodził na mszę świętą. Ja mogłem zrobić z tym później, co chciałem, ale sam czuję potrzebę, żeby raz w tygodniu pójść na mszę.
Pytam, bo podobno trener Stawowy czasem przed meczami prowadzi całą drużynę do kościoła. Zdarzają się takie sytuacje?
Trener wpadł raz na pomysł, żebyśmy pojechali na Jasną Górę, gdy graliśmy sparing z Widzewem Łódź w Częstochowie. Wszyscy przyjęli to raczej pozytywnie. Pojechaliśmy całą drużyną na 20 minut i później byliśmy jeszcze w kościele w Krakowie. To tyle. Żadnego narzucania nie ma. Czasami przychodzi kapelan i zaprasza na mszę, ale kto co z tym zrobi, to jego sprawa.
Kiedyś podczas zgrupowań były karty, alkohol. Trendy się zmieniają i teraz gracie na Play Station. Kto był królem ostatniego zgrupowania?
Rozgrywaliśmy parę turniejów. Jeden z nich wygrałem, aczkolwiek nie można powiedzieć kto był najlepszy. Z pewnością jestem w czołówce. Tak, trendy się zmieniają. Jak czytam w biografiach niektórych piłkarzy, jak to było kilkanaście lat temu, to jednak teraz idzie to wszystko w stronę profesjonalizmu.
Cracovia spodobała Ci się jako klub, a jednocześnie wspominałeś, że piłkarze nie powinni kierować się sentymentami. Wyobrażasz sobie przejście do Wisły Kraków?
Ciężko mi o tym mówić, nie wiem jak odpowiedzieć. Jeśli pojawiłaby się oferta, na pewno bym się nad tym zastanowił i skonsultował z najbliższymi i menedżerem. Na ten moment jednoznacznie nie mogę na to pytanie odpowiedzieć.
W polskiej piłce szaleje finansowy kryzys. Ty jak dotąd trafiałeś do klubów, w których nie ma problemu z wypłatami.
To jest czysty przypadek. Dużo mówi się o tym, że kluby nie płacą na czas, że zawodnicy mają w związku z tym problemy. Jest to jakieś szczęście, że nie miałem do tej pory takich sytuacji. Ciężko jednak przejść wobec tego obojętnie. Jeśli klub podpisuje z zawodnikiem kontrakt, to świadomie ustala warunki. Dziwi mnie, że w niektóre kluby później nie wywiązują się z tego.
Pamiętasz swoje wejście do szatni Zagłębia? Zajmowałeś miejsce gdzieś w kącie?
Muszę przyznać, że przyszedłem do szatni z lekką obawą. Do tamtej pory mówiłem do zawodników tylko „dzień dobry” i „proszę pana”. Od małego trenowałem w tym klubie i gdy ktokolwiek z zawodników odpowiedział mi, bardzo się z tego cieszyłem. Gdy dołączyłem do pierwszej drużyny, po kilkunastu treningach chłopaki przyjęli mnie pozytywnie. Z czasem nabrałem pewności siebie w szatni.
A w Cracovii?
Obawiałem się, bo pierwszy raz wyjechałem tak daleko od domu. W Polkowicach było pięciu, sześciu chłopaków, których znałem. Mieszkałem cały czas w domu, nie musiałem się przeprowadzać. Przejście tutaj pokazało mi, że nie ma się czego bać. W Cracovii pracują życzliwi ludzie, którzy pomogli mi w aklimatyzacji.
Jak czułeś się przychodząc do klubu, w którym o miejsce w składzie będziesz rywalizował z kapitanem drużyny?
Dopiero, gdy było pewne, że idę do Cracovii, na spokoju zacząłem analizować, jak to może wyglądać. Przyszedłem z nastawieniem, żeby na każdym treningu pokazywać się trenerom i pomalutku pracować na swoją szansę. W pierwszych meczach w ogóle nie byłem w 18. meczowej. Powoli dochodziłem do formy meczowej i w końcu zostałem zauważony. Z rozmów z trenerem wynika, że jesteśmy ze Sławkiem Szeligą na podobnym poziomie i wszystko zależy od aktualnej dyspozycji.
Od niedawna do treningów z drużyną wrócił Saidi Ntibazonkiza. Jak z Twojej perspektywy wyglądało zamieszanie z jego kontuzją?
Dużo osób z zewnątrz rozpatrywało to, jako powrót zbawcy. Ja podszedłem do tej sytuacji spokojnie i wiedząc, jaką miał przerwę w grze w piłkę, nie wiedziałem, czego się po nim spodziewać. Oglądając go w ubiegłym sezonie w telewizji widziałem, że ma bardzo duży potencjał, ale teraz wracał po długiej przerwie. Jednak nie było tego tak bardzo widać i od razu pomógł drużynie.
Do końca zostało niewiele kolejek. Gdzie możecie się potknąć?
No tak. Nie ma łatwych meczów w polskiej lidze. W każdej z kolejek któryś z faworytów przegrywa swoje spotkanie. Sądzę, że walka jeszcze chwilę potrwa, bo ta liga jest naprawdę nieprzewidywalna (rozmowa ta odbyła się przed meczem Cracovia – GKS Tychy, w którym to „Pasy” przegrały 0-1 – przyp. red).
Rozpatrywałeś też czarny scenariusz?
Czasami przechodzi mi to przez głowę. Jestem w takiej sytuacji, że jeśli Cracovia mnie wykupi to u niej zostaję i tak naprawdę nie mam nic do powiedzenia. Wszyscy wierzymy w to, że będzie awans.