Ćwierć wieku z wehikułem śmiechu
Międzynarodowy kod wołania o pomoc MAYDAY, MAYDAY – który Elżbieta Woźniak, tłumaczka tej kultowej farsy, zaproponowała jako funkcjonujący w Polsce tytuł (zamiast dosłownego oryginalnego Run For Your Wife), zrobił furorę.
Znają go nie tylko Krakowianie ale widzowie niemal z całej Polski, bo ta sztuka była i jest grana w wielu teatrach naszego kraju. No ale tylko w Bagateli MAYDAY miał prawie 1700 wystawień, i wszystko wskazuje na to, że spektakl doczeka się tego, że kurtyna pójdzie w górę i po raz 2000.
Na to niespotykane powodzenie złożyło się kilka czynników. Na pewno pierwszym z nich był głód farsy z prawdziwego zdarzenia. Dwadzieścia pięć lat temu w krakowskich teatrach po prostu nie grano fars, a kiedy tylko w repertuarze „Teatru na Rogu” pojawiła się ta pozycja, w reżyserii znakomitego aktora komediowego - Wojciecha Pokory, do kasy ustawiły się tłumy. Gdy pierwsi widzowie obejrzeli rozbawiające do łez przedstawienie, resztę „załatwiła” najlepsza z możliwych promocji, czyli przekazywana z ust do ust fama o kapitalnie zabawnej sztuce granej w Bagateli. Dzisiaj nazywamy to „marketingiem szeptanym”, wtedy po premierze i pierwszych spektaklach w 1994 roku, po prostu szczere zachwyty publiczności przekazywane znajomym, zadziałały jak najskuteczniejsza i najbardziej wyszukana reklama.
Drugim punktem, który przyczynił się do sukcesu i jest znakiem firmowym krakowskiego MAYDAYA, to brawurowe aktorstwo. Zgodnie z przykazaniem autorskimi Cooneya, że „farsa to gra zespołowa”, maydayowscy aktorzy stworzyli team nad teamy. Precyzyjnie zgrani, z niezmienną energią , lekkością i zaangażowaniem powołują do scenicznego życia galerię figlarnych i figlujących postaci. Wykazując się wielką dyscypliną pracy postawili spektakl w ciągu niewielu prób.
Krzysztof Bochenek, który wciela się w rolę taksówkarza - bigamisty Johna Smitha tak mówi o graniu w tym spektaklu: Po tylu przedstawieniach chyba już nie mam tremy, co nie znaczy, że mam granie w nosie. Myśl ta dotyczy całego składu Maydaya. Nas można obudzić o trzeciej w nocy i kazać grać, to zagramy. To wspólne granie przez lata, poza absolutnym zgraniem scenicznym zaowocowało inną jakością. Koledzy z Maydaya, to coś więcej niż partnerzy sceniczni. Kaśka Litwin, czy Ala Kamińska to nie aktorki jak inne, bo nasza więź na deskach jest zdecydowanie bardzo osobista. To samo dotyczy kolegów.
Tego unikatowego na polską skalę teatralnego powodzenia, nie można byłoby odnieść bez Widzów. Widzowie, bowiem domagają się, by MAYDAY był grany jak najczęściej. To właśnie oni, wykazując inwencję twórczą odnośnie tytułu, rezerwują z dużym wyprzedzeniem bilety. A potem zasiadając na swoich miejscach śmieją się do łez.