Cracovia. Mateusz Praszelik: Moim celem jest gra w reprezentacji [ROZMOWA]
– Zawsze dobrze tam, gdzie nas nie ma – wspomina pobyt na Półwyspie Apenińskim 24-latek. W styczniu 2022 został wytransferowany jako młodzieżowiec ze Śląska Wrocław do Hellasu Werona. Początkowo na wypożyczenie, ale potem został wykupiony za 2 mln euro. W Serie A rozegrał dwa mecze, leczył uraz, a potem był dwukrotnie wypożyczany do FC Sudtirol i Cosenzy Calcio, gdzie grał regularnie.
Szybko po przyjeździe do Włoch, jeszcze przed debiutem w mieście Romea i Julii, spotkały go nieprzyjemności. Zupełnie przypadkowo.
Po 3,5 roku wrócił do Polski i przez Cracovię chce trafić do reprezentacji Polski. Na razie stopniowo jest wdrażany do zespołu Luki Elsnera, który rozpoczął nowy sezon jak burza i z kompletem zwycięstw jest liderem ekstraklasy.
Mateusz Kaleta, LoveKraków.pl: Dziesięć minut w debiucie to niedosyt?
Mateusz Praszelik, piłkarz Cracovii: Nie, absolutnie. Jestem mądrze wdrażany i widzę, jak trener podchodzi do mnie. Dużo rozmawiamy. Czasem w dziesięć minut można zrobić więcej niż zawodnicy przez 90 minut. Dla mnie ten wymiar nie ma na ten moment znaczenia, chociaż będę walczył o to, aby grać od pierwszej minuty. Trenuję z chłopakami dopiero od półtora tygodnia i to dobry czas, żeby się pokazać i zdobyć zaufanie kolegów.
Rzeczywiście – zagrał pan krótko, ale mógł przywitać się z kibicami golem.
Było blisko. Zagrałem na pozycji numer dziesięć, na której występowałem też w Śląsku. Dobrze się na niej odnajduję, piłka potrafi mi spaść pod nogi. Dzisiaj uderzyłem trochę za lekko, ale jak będą sytuacje, to wierzę, że przyjdą też bramki.
Gdzie widzi pana trener Luka Elsner?
Docelowo na pozycji numer osiem, chociaż dzisiaj wszedłem wyżej, na dziesiątkę. To wszystko zależy od systemu, jakim będziemy grać. Na obu czuję się bardzo dobrze.
Kiedy wchodził pan na boisko, graliście bez wysuniętego napastnika.
Nietypowe ustawienie, ale Hiszpania też tak grała i zdobywała medale. Trzeba się przyzwyczaić, natomiast my musimy robić to, czego oczekuje od nas trener.
Po meczu długo pozował pan do zdjęć, rozdawał autografy. Został pan miło przyjęty przez kibiców?
Zdecydowanie, czuję się bardzo dobrze. To duża odskocznia od tego, co spotkało mnie we Włoszech. Tam byłem w troszkę mniejszych klubach, a w Krakowie na pierwszym meczu wypełnił się cały stadion. Jestem bardzo zadowolony.
Planował pan powrót do Polski, czy wybór padł spontanicznie?
Gdybym nie chciał, to bym nie wrócił. Przekonała mnie osoba trenera, jego wizja. Również rozmowy z dyrektorem sportowym, który bardzo chciał mnie w Cracovii. Bardzo podoba mi się Cracovia Training Center. Klub ma świetne zaplecze, a ja nadal jestem młodym zawodnikiem i nie myślę o odcinaniu kuponów. Wróciłem, bo chcę dalej się rozwijać i ta wizja skłoniła mnie do tego.
Rozważał pan pozostanie we Włoszech?
Miałem takie propozycje. Dwie, trzy, takie pewne, z Serie B. Co by nie mówić, polska ekstraklasa idzie do przodu. To dużo bardziej medialna liga niż Serie B, chociaż poziom tam jest bardzo dobry. Do powrotu skłoniło mnie wiele czynników, ale tym najważniejszym jest to, że moim celem nadal jest gra w reprezentacji Polski.
Jak pan wspomina pobyt we Włoszech? W Serie A w barwach Hellasu Werona rozegrał pan dwa spotkania, ale na wypożyczeniach w Sudtirol i Cosenzie występował pan regularnie.
Nie mogę narzekać. Tam, gdzie poszedłem na wypożyczenie, tam grałem, więc trenerzy darzyli mnie zaufaniem. Przez dwa sezony zagrałem ponad 60 meczów. To nie jest granie ogonów, tylko dwa pełne sezony regularnych występów. Przerwa we Włoszech jest trochę dłuższa, więc musiałem dojść do formy, bo miałem półtora miesiąca wakacji. Zawodnicy z Cracovii jeszcze trenowali, a ja już byłem na wakacjach. Dużo rozmawiam z trenerem. Ma na mnie plan.
Paweł Jaroszyński, kiedy wracał z Salernitany do Cracovii, opowiadał o tym, jak pochłonęło go włoskie calcio. A pana?
Na pewno. Każdy, kto jedzie do Włoch, jest zakochany w tym kraju, ciężko wracać. Ale zawsze dobrze tam, gdzie nas nie ma. Nie wszystko tam na miejscu jest takie piękne. Jest wiele czynników świetnych do życia, ale są też minusy. Ja tam byłem 3,5 roku i to trzeba doświadczyć samemu. Jestem pozytywną osobą i staram się skupiać na tym, co dobre. Te gorsze wspomnienia zostawiam dla siebie i dla rodziny.
Jeszcze przed debiutem w Hellasie Werona spotkały pana nieprzyjemności. Musiał pan tłumaczyć się z wyboru numeru „88”, który kojarzony jest z Hitlerem. Sprawą zainteresowały się media i organizacja walcząca z antysemityzmem.
To było bardziej nieprzyjemne dla mojej rodziny, niż dla mnie, bo ona też została tym obarczona. Ja się tym nie przejmuję, bo nie zwracam uwagi na rzeczy pozapiłkarskie. Wziąłem ten numer, bo „8”, z którą grałem w Śląsku, była zajęta w Weronie, podobnie jak „18”. Hellas ma część radykalnych kibiców, którzy opowiadają się za poglądami nazistowskimi i zostało to odebrane w zły sposób. Dla mnie to sytuacja nad wyraz, zupełnie przypadkowa. Jestem Polakiem i nie miałem tego na myśli. Włochy są specyficzne pod tym względem i widać to na przykład w takich sytuacjach.
Nakłaniał ktoś pana do zmiany?
Tak, przy kolejnej okazji zmieniłem numer na „26”, czyli na dzień moich urodzin. Nie mogłem tego zrobić od razu, ale po pół roku numer został zmieniony.
W Cracovii „8” była zajęta. Gra z nią Jani Atanasov.
Nie pytałem go o numer, wybrałem taki, jaki był wolny, czyli „7”. Ten nie ma głębszego znaczenia dla mnie. Może to będzie szczęśliwa siódemka?
Początek sezonu jest dla was bardzo udany, bo zostaliście liderem tabeli.
Nie możemy popadać w hurraoptymizm, a to bardzo częste zjawisko w Polsce. My gramy o zwycięstwo w każdym kolejnym meczu. Musimy być pewni siebie, ale też pokorni.
Filip Stojilković znalazł wspólny język z Ajdinem Hasiciem? Na boisku ich współpraca wygląda bardzo dobrze.
Myślę, że nić porozumienia jest między wszystkimi w drużynie. Oni rozmawiają we wspólnym języku, więc to na pewno im ułatwia. Powiem szczerze, że jestem zaskoczony, jak dobra jest atmosfera w szatni. Wszyscy jesteśmy razem. Trzeba się z tego cieszyć.