Jarosław Królewski: Jestem zadowolony, że nie umarłem i się nie połamałem
9 listopada, rozmowa przed godz. 13 pod budynkiem klubowym w Mogilanach. Po meczu miejscowego LKS-u z Grodziskiem Raciechowice (5:1).
Kibic: – Trzeba było kartkę dać temu Królewskiemu!
Sędzia główny: – Chciałem, k..., ale nie było z czego! (śmiech). Chociaż gola sobie strzelił.
Jarosław Królewski, biznesmen, prezes firmy Synerise i Wisły Kraków, a także większościowy akcjonariusz klubu, zadebiutował w LKS-ie Mogilany z myślenickiej klasy B. Grał ponad 30 minut i strzelił jednego, ładnego gola.
Rozmowę z potwornie zmęczonym Królewskim, mieszkańcem Mogilan, zaczynamy od oczywistego stwierdzenia, że nawet na dziewiątym poziomie rozgrywkowym trzeba mieć zdrowie do biegania.
– Trzeba mieć zdrowie, było intensywnie. Niestety graliśmy w dziesiątkę dużą część meczu, ale jest wygrana 5:1 u siebie, dużo kibiców. Było fajnie – mówi łapiąc kolejny oddech.
Zdradza, że ostatni raz kopał piłkę 14 miesięcy temu, więc swój występ po tak długiej przerwie – z nadwagą, z którą właśnie zaczął walczyć – ocenia pozytywnie.
Bramkę na 4:1 strzelił jak rasowy snajper. Zimna krew, zero zawahania i bardzo dobra technika. W przeszłości często występował na pozycji napastnika i pewnych rzeczy się nie zapomina, choć biega się dużo ciężej.
– Drugą sytuację też mogłem wykorzystać, ale już brakło siły – przyznaje.
Chce wrócić do formy
W rundzie wiosennej może być dużo lepiej. Do tego meczu przystąpił bez treningu, „prosto z biura”. – Muszę też wrócić do formy jako człowiek, więc przyda mi się to – podkreśla.
Kolegów z zespołu chwali za dobrą formę fizyczną i samą grę. Choć o tej porze boisko nie sprzyja technicznej grze, ocenia, że było naprawdę nieźle.
Gdy tylko będzie miał czas, znów założy koszulkę z numerem 17 i będzie chciał zdobyć kolejne gole w B klasie.