Strażnik doliny i tajemnice ukryte w ołtarzach. Niezwykła historia kościoła w Wiśniowej
Historia kościoła parafialnego w Wiśniowej pisana była ogniem i krwią. Wszystko zaczęło się na początku XVIII wieku, gdy „nieznani rabusie” spalili starą świątynię, mordując przy tym proboszcza i organistę. Kiedy nadszedł czas odbudowy, mieszkańcy planowali wznieść mury na szczycie góry, czyli tam gdzie wcześniej znajdował się kościół. To właśnie w tym miejscu zgromadzono bele drewna i kamienie.
– Historia przekazywana z pokolenia na pokolenie mówi o tym, że kiedy wszystko przygotowano do budowy, w nocy przyszła wielka burza – opowiada ks. Jacek Budzoń, proboszcz parafii i dziekan dekanatu Dobczyce.
– Ludzie mieli wtedy zobaczyć świętego Marcina na koniu, który zwoził materiały ze wzgórza na dół, w stronę rzeki. To wydarzenie sprawiło, że zmieniono lokalizację. Budowa w dolinie ruszyła w 1720 roku i trwała ponad dekadę. Choć dzisiejsza nauka podpowiada, że to żywioł natury: błoto i nawałnica mogły zsunąć materiał po zboczu, dla wiernych od 300 lat sprawcą pozostaje patron na białym koniu – opowiada.
Nową świątynię konsekrował ks. bp. Michał Kunicki, sufragan krakowski w roku 1747.
W kolejnych latach kościół został znacznie rozbudowany, a także był odnawiany. W roku 1910 nową polichromię wykonał malarz Michał Tarczałowicz z Bochni. Jej odnowienie z kolei przypadło później na lata 1957-1958. Prace te wykonały artystki malarki konserwatorki Zofia Stawowiak i Irena Gawron z Krakowa.
Sensacja w mensie ołtarzowej
Prawdziwe trzęsienie ziemi w lokalnej historii przyniosły jednak prace konserwatorskie, które rozpoczęły się pod koniec 2024 roku. Podczas demontażu mensy ołtarza przedsoborowego, badacze natrafili na kamień, który maskował skrytkę wielkości zaledwie 10 na 10 centymetrów.
Dokument datowany na 3 listopada 1747 roku przyniósł odpowiedź: w ołtarzu złożono relikwie św. Aurelii i św. Salwacii. O ile postać Aurelii jest znana historykom Kościoła, o tyle Salwacja pozostaje zagadką.
– Słowo „Salvatore” to Zbawiciel. Szukaliśmy tej postaci w katalogach rzymskich, ale na razie jej tożsamość pozostaje tajemnicą – przyznaje dziekan.
W kościele były też prowadzone przez firmę: Grupa Konserwatorska Katarzyna Gąsienica-Sieczka Grzegorz Wątor Spółka Cywilna z Myślenic, prace renowacyjne bocznych ołtarzy. Podobną szkatułkę znaleziono właśnie w jednym z nich, choć ta była w znacznie gorszym stanie. Czyje relikwie się w niej znajdują? Dzisiaj jeszcze nie znamy pełnej odpowiedzi na to pytanie, jednak według wstępnych oględzin można mówić o relikwiach św. Floriana i św. Wojciecha.
– Czy są to relikwie pierwszego stopnia? Tego jeszcze nie wiem – zaznacza proboszcz i wyjawia nam, że podobną wnękę znaleziono też w drugi ołtarzu bocznym, lecz niestety była ona pusta.
Ukryty święty
Trwająca ponad rok konserwacja ołtarza głównego w kościele w Wiśniowej okazała się podróżą w czasie, której finału nie przewidzieli nawet najwięksi optymiści. Pod grubymi warstwami współczesnych przemalowań, konserwatorzy odkryli oryginalną marmoryzację oraz wizerunek świętego, o którego istnieniu nikt już nie pamiętał.
Kiedy zespół konserwatorski pod kierownictwem Marcina Książka i Jana Chodorowicza przystępował do prac, ołtarz był w fatalnym stanie – pokryty matową, monochromatyczną farbą olejną i tanią imitacją złota i srebra a struktura drewna zniszczona przez drewnojady.
Pierwotne założenie było proste - odczyścić, ustalić pierwotną kolorystykę, uzupełnić ubytki drewna, polichromii, złoceń oraz srebrzeń. Rzeczywistość okazała się jednak znacznie bardziej skomplikowana a zarazem spektakularna.
Detektywistyczna praca ze skalpelem
Przełom nastąpił podczas usuwania przemalowań. Pod wtórnymi warstwami ukazała się wysokiej klasy XVIII-wieczna polichromia.
– Z pieczołowitością i konserwatorską starannością usuwaliśmy kolejne warstwy malarskie tak, aby wszystkie pierwotne detale ujrzały światło dzienne. Proces odsłaniania polichromii trwał ponad pół roku – wspomina konserwator.
Takich interesujących odkryć w kościele było wiele.
– Podczas pracy przy konserwacji płóciennego obrazu olejnego Matki Boskiej z Dzieciątkiem z XVII w., po usunięciu z odwrocia deski czarnych przemalowań odsłonięto fragmenty napisów wykonanych przypuszczalnie w trakcie konserwacji w poł. XIX w. – relacjonuje Agnieszka Luboń-Radwańska.
Efektem żmudnej pracy było odsłonięcie błękitno-kawowej marmoryzacjI, która zachowała się w doskonałym stanie, szczególnie w miejscach trudno dostępnych, np. za tabernakulum. Największym zaskoczeniem było jednak odkrycie w dolnej partii ołtarza postaci świętego Szymona, który przez dekady był całkowicie zamalowany i przykryty emblematami.
Duch epoki ukryty w detalach
Konserwator dzieł sztuki, Jan Chodorowicz podkreśla, że w konserwacji nie chodzi o to, aby obiekt wyglądał jak nowy, ale by przede wszystkim zachował substancję zabytkową. Dlatego zespół zdecydował się na niezwykle trudny proces tzw. flekowania, czyli punktowego uzupełniania ubytków oryginalnego złota i srebra, zamiast kładzenia nowych warstw na całości.
Praca przy tak ogromnym obiekcie wymagała demontażu dziesiątek elementów. Niektóre z nich, jak boczne „uszaki”, czyli rzeźbiarskie ornamenty dekoracyjne, mają po 3 metry wysokości.
Każdy detal – rzeźba, gałązka czy ornament – musiał być opracowany z każdej strony, nie tylko od frontu. Wszystkie elementy, które dało się zdemontować, trafiły do pracowni w Krakowie. Reszta prac była prowadzona na miejscu.
Technologia kontra natura
Konserwatorzy zmagali się nie tylko z materią zabytkową, ale i z kaprysami pogody. W starym drewnianym kościele wilgotność i temperatura są kluczowe.
– Niezmiernie istotne jest to, aby prace konserwatorskie były skrupulatnie zaplanowane. Pierwszą więc czynnością, jaką zrealizowaliśmy to dokładne odkurzenie – z każdej strony–całego ołtarza, a następnie przystąpiliśmy do precyzyjnego zdejmowania przemalowań – wylicza Marcin Książek.
Kluczowe zalecenia
Konserwatorzy ostrzegają, że największym wrogiem odrestaurowanego ołtarza są niewłaściwe prowadzone prace porządkowe, które mogą w kilka chwil zniszczyć efekty rocznej pracy.
Zalecane są jedynie elektrostatyczne miotełki do kurzu. Wykluczone jest stosowanie choćby wilgotnych ściereczek, kontakt wody ze strukturą pozłotniczą przyczynia się bowiem do degradacji powierzchni.
– Zawsze po skończonych pracach instruujemy, jak należy dbać o odrestaurowany obiekt – dodają konserwatorzy zabytków.
Znacznie dłużej niż zakładano
Choć odkrycie cennych polichromii wydłużyło prace, których pierwotny kosztorys nie przewidywał, konserwatorzy nie wyobrażali sobie przerwania robót.
– Wstępne założenie były takie, że polichromia będzie monochromatyczna, więc będziemy czyścić, kitować i w kilka tygodni ołtarz będzie pomalowany. A tymczasem okazało się, że stanęliśmy przed ogromnym wyzwaniem. Jednak ani przez chwilę nie mieliśmy wątpliwości, co do dalszego postępowania. Nigdy nie zostawilibyśmy tak szalenie ciekawego projektu – przyznaje szczerze Marcin Książek.
Jak wtedy funkcjonowała świątynia?
Niezwykle kreatywnym, a zarazem praktycznym rozwiązaniem na czas prowadzonych prac okazało się zastosowanie fotorealistycznego baneru w skali 1:1, który na czas remontu szczelnie przesłonił konstrukcję rusztowań. Na płótnie nadrukowano zdjęcie ołtarza w jego naturalnych wymiarach i pełnym blasku, przeniesiono też tabernakulum – co pozwoliło zachować estetykę wnętrza i nie zakłócało modlitewnego skupienia wiernych.
Przesłona pełniła funkcję nie tylko wizualną, ale i techniczną – stanowiła skuteczną barierę dla pyłu powstającego podczas szlifowania licznych warstw zapraw kredowo-klejowych.
Rozwiązanie było tak doskonałe, że wielu odwiedzających kościół w ogóle nie zauważyło trwającego remontu. Jak z uśmiechem wspominają konserwatorzy, zdarzały się sytuacje, w których zdezorientowani parafianie dopytywali, kiedy prace w ogóle się zaczną, podczas gdy tuż za „kopią ołtarza” trwała już precyzyjna walka o przywrócenie blasku barokowemu arcydziełu.
Prace konserwatorskie przy głównym ołtarzu realizowane były przez konsorcjum firm: Midas Konserwacja Dzieł Sztuki Marcin Książek, Konserwacja Zabytków Jan Chodorowicz oraz Agnieszka Luboń-Radwańska.
Kościół czterdziestu ośmiu świętych
Wchodząc do wnętrza świątyni, która mierzy 23 na 12 metrów, trudno nie ulec wrażeniu, że jest się obserwowanym przez dziesiątki par oczu. Ściany i ołtarze zdobi aż 47 postaci świętych w rzeźbach i obrazach. A właściwie 48 – ostatnie prace odkryły bowiem pod głównym ołtarzem zamalowaną wcześniej postać św. Szymona.
Centralnym punktem świątyni jest oczywiście ołtarz główny, w którym kryje się niezwykłe przedstawienie patrona. Choć powszechnie św. Marcin kojarzony jest z rzymskim legionistą na koniu, w Wiśniowej spogląda na wiernych w stroju biskupim.
– To wizerunek dość oryginalny i rzadko spotykany – tłumaczy ks. kanonik Jacek Budzoń.
– Związane jest to z dawnymi przekazami, według których parafian Wiśniowej wyśmiewano w sąsiednich wioskach, że modlą się do „końskiego zadu”, bo taki widok dominował na poprzednim płótnie. By ukrócić te drwiny, namalowano nowy, ruchomy obraz, na którym Marcin jest już dostojnym hierarchą. Jednak charakterystyczny element pozostał: u stóp biskupa wciąż klęczy żebrak, a Marcin trzyma miecz i swój słynny czerwony płaszcz – opowiada.
W głównym ołtarzu znajduje się również wizerunek Matki Boskiej Wiśniowskiej, który był darem pani dziedziczki Heleny Zawadzkej z Niezdowa.
Relikwie patrona
Parafia w Wiśniowej może poszczycić się także wyjątkowymi relikwiami swojego opiekuna. – W 2021 roku, podczas otwarcia grobu św. Marcina, siostry opiekujące się tym miejscem przesłały nam mały element znaleziony wewnątrz, wraz z certyfikatem. To relikwie drugiego stopnia [nie są to szczątki przyp. red.] – wyjaśnia ks. dziekan.
Aby godnie je wyeksponować, proboszcz wraz z parafianami stworzyli unikalny projekt. Relikwiarz ma formę płaszcza, który jest rozcinany mieczem przez dłoń świętego.
Pocisk w ołtarzu i wiatr-wybawiciel
Świątynia w Wiśniowej zdaje się być pod szczególnym nadzorem niebios. Dowody? Ks. kanonik wylicza je jeden po drugim. Pierwszym jest historia z czasów II wojny światowej, gdy podczas walk na froncie ludzie szukali schronienia w kościele. Przez okno wpadł nabój zapalający, uderzył w mensę ołtarza bocznego i... zgasł.
Innym razem, gdy dawny proboszcz próbował przenieść odpust z 11 listopada na najbliższą niedzielę, w kościele wybuchł pożar.
– Spłonął cały baldachim nad amboną. Uratowano go dzięki szybkiej reakcji strażaków, którzy nie wpuścili powietrza do środka. Od tego czasu nikt nie odważył się już zmieniać daty odpustu – opowiada kapłan.
Najświeższa historia pochodzi sprzed kilku lat. Podczas potężnej burzy wiekowa lipa wyrywała się z korzeniami, lecąc wprost na dach kościoła. – To jest nagrane na kamerach strażaków. Lipa była już nachylona nad budynkiem, gdy nagły powiew wiatru przywrócił ją do pionu, a potem położył równolegle do ścian. Kościół nie odniósł żadnych obrażeń – wspomina z powagą ks. Budzoń.
Wiśniowa patrzy w przyszłość
Mimo wielkiej miłości do modrzewiowych ścian, parafia staje przed wyzwaniem, którego nie da się rozwiązać samą renowacją. Kościół jest po prostu za mały.
– Duża liczba naszych wiernych musi stać przed kościołem i to bez względu na pogodę, ponieważ w środku jest zbyt ciasno i duszno – tłumaczy ks. Budzoń.
W planach jest budowa nowej świątyni, 200 metrów powyżej obecnej lokalizacji. Projekt ma być nowoczesny (w kształcie ośmioboku), ale głęboko zakorzeniony w tradycji regionu.
– Chcemy, by było w nim sporo drewna, nawiązującego do starego kościoła i dzwonnicy przy cmentarzu. To ma być jedna całość związana z sacrum – wyjaśnia ks. kanonik.
Choć część wiernych początkowo obawiała się, że nowy kościół odbierze życie staremu, ks. Budzoń uspokaja: – Nie wyobrażam sobie zabierania stąd żadnych rzeczy. Ten kościół jest omodlony, to nasza świętość. Chcę, żeby żył nadal, a nowa świątynia pozwoli nam po prostu wszystkim się pomieścić podczas większych uroczystości.
Gdy kończymy rozmowę, ks. kanonik spogląda na sufit, gdzie czas powoli nadgryza freski. – Ratowanie tych obrazów na deskach to rzecz na dziś finansowo nieosiągalna, ale to kolejne wyzwanie, z którym kiedyś przyjdzie nam się zmierzyć – podsumowuje.