O wygranej, która pozwala się rozwijać - rozmowa z ks. Jackiem Stryczkiem

Założyciel i prezes Stowarzyszenia WIOSNA. Ksiądz, inżynier i człowiek, który nie boi się odnosić sukcesów. O tym jak mądrze pomagać i dbać o swój rozwój rozmawiamy z ks. Jackiem Stryczkiem.

Agnieszka Dybaś: Bycie szefem Stowarzyszenia to przywilej, ale przede wszystkim wielka odpowiedzialność. Na czym polega praca Księdza w Stowarzyszeniu WIOSNA?

Ks. Jacek Stryczek: To nie jest przywilej, ponieważ nikt mi nie dał stanowiska szefa. Sam sobie to wymyśliłem. W życiu byłem tylko raz awansowany na duszpasterza w Kolegiacie św. Anny. Pozostałe funkcje są owocem mojej pracy. A jak ona wygląda? Przede wszystkim jest wyczerpująca.

Pomysł WIOSNY polega na odcięciu się od tradycji PRL-u i wizerunku człowieka- homo sovieticus. W PRL ludzi uważali, że pomaga państwo. A ja twierdzę, że tak być nie może. To ludzie powinni pomagać sobie nawzajem. Te lata pracy w Stowarzyszeniu w dużej mierze były więc poświęcone na zmaganie się z mentalnością i stereotypami. Również gdy zaczynaliśmy pracować na większą skalę z mediami musieliśmy pokonać niechęć do mówienia o czymś, co jest dobre. Bardzo dużo bowiem opowiada się o sytuacjach, gdy ktoś zrobi coś złego. Mało natomiast mówi się o tym, gdy ktoś robi coś dobrego. Także ja musiałem pokonać ten wewnętrzny stereotyp i przyzwyczajenie. Działanie w Stowarzyszeniu w znacznym stopniu opiera się na współpracy z ludźmi. Poza tym jestem księdzem, inżynierem, zajmuje się finansami, zarządzaniem, programami szkoleniowymi, marketingiem, reklamami, PR. Nie ma rzeczy w WIOŚNIE, których nie umiałbym robić.

Czyli wszelaka różnorodność.

To taka moja postawa życiowa. Uważam, że wszystkiego można się nauczyć. A szef powinien znać się na tym, czym zarządza.

Użyję teraz wielkiego słowa, które jednak wypowiedziane w stosunku do Stowarzyszenia WIOSNA jest jak najbardziej zasadne. Jaka jest misja organizacji?

Misja istniała jeszcze zanim założyliśmy Stowarzyszenie. WIOSNA wzięła swój początek od trzech słów: wspólnota indywidualności otwartych. Według mnie miarą wielkości człowieka jest największe wyzwanie, które podjął i wygrał. Dla mnie to decyduje o byciu indywidualnością. Jest nią nie ten, kto chodzi ubrany inaczej niż inni, ale ten, kto stawia przed sobą wyzwania, zwycięża i radzi sobie w życiu. Naszą misją jest po pierwsze staranie, by ludzie byli właśnie takimi indywidualnościami, czyli żeby podejmowali działania i odnosili sukcesy.

Zdarza się jednak, że osoby, które wygrywają zamykają się na innych oraz zaprzestają dalszej pracy nad sobą. My natomiast staramy się być indywidualnościami otwartymi. Wspólnota indywidualności otwartych to grupa ludzi, którym odniesiony sukces pozwala wypracować jakieś rozwiązania. Dlatego też nie każdy może być wolontariuszem Akademii Przyszłości, czy Szlachetnej Paczki. Mogą nimi zostać tylko osoby, które są gotowe podjąć wyzwanie, wygrać i wynieść z tego coś dla siebie i innych. Naszym problemem jest to, iż wolontariusze bywają tak oszołomieni sukcesem, który razem z nami odnieśli, że zamykają się na dalszą współpracę i rozwój. A my potrzebujemy ludzi, których wspólne zwycięstwo otwiera na ciągłą pracę na rzecz stowarzyszenia i ludzi, którym pomagamy.

Otwiera i pozwala nadal pracować i jeszcze więcej robić.

Mówią o nas, że jesteśmy kreatywni. To właśnie dlatego, iż tworzymy wspólnotę indywidualności. Każdy inaczej myśli, więc nie ma jednego schematycznego sposobu postępowania i działania.

Nasza pomoc rodzinom potrzebującym nie polega na zasypaniu ich rzeczami. Chciałbym, żeby także oni stali się indywidualnościami, żeby radzili sobie w życiu.

Czyli najważniejsza nie jest sama pomoc, ale nauczenie…

Że przy okazji pomocy ludzie stają się kimś innym. Podczas organizowanych przez nas akcji skupiamy się nie tylko na potrzebach rodzin, ale także na zmianach, które mogą zajść w wolontariuszach i darczyńcach. Staramy się inspirować człowieka do rozwoju. I to dotyczy każdego, zarówno potrzebujących naszej pomocy jak i wolontariuszy.

Z tego, co ksiądz mówi wynika, iż Stowarzyszenia WIOSNA chce zmienić stereotypy patrzenia na wolontariuszy. Wydaje mi się, że cześć ludzi postrzega wolontariusza jako kogoś, kto poświęca się i nic z tego nie ma. A czy to nie jest tak, że pomagając innym ludziom, zmieniamy siebie?

Cześć rodziców ma dzieci tylko po to, aby się im poświęcać. Moim zdaniem jeśli ktoś ma dziecko, to powinien rozwijać się razem z nim. Dziecko jest wyzwaniem do rozwoju. Uważam, że dobre wychowanie polega na tym, iż to rodzic się rozwija, a dziecko za nim podąża. Podobnie jest w Stowarzyszeniu WIOSNA. Pomaganie nie ma być poświęceniem na rzecz drugiego człowieka. Ma być raczej wejściem w jego życie i impulsem do własnego rozwoju. O wiele trudniejsze jest „wygranie” kontaktu w biednej rodzinie, w której napotkamy dużo kłopotów i wiele zawirowań emocjonalnych. Ale w takich sytuacjach człowiek bardziej mobilizuje się do pracy nad sobą.

Wolontariusze często spotykają się z pytaniem: Po co ty to robisz? Przecież nic z tego nie masz.

To wynik egoistycznego wychowania. Współcześnie panuje postawa konsumpcyjna. Często pyta się o to, co ty możesz zrobić dla mnie, a nie ja dla ciebie. A jednak więcej szczęścia jest w dawaniu niż w braniu. Ludzie zadający pytanie „Po co to robisz?” nie rozumieją, że gdy ktoś angażuje się na rzecz drugiego człowieka, przy okazji jest obdarowywany szczęściem, satysfakcją. Gdy ktoś zajmuje się tylko sobą nie rozwija się, a jedynie doznaje życia. Konfrontacja z trudnym człowiekiem, który ma kłopoty jest motywacją do rozwoju.

A jak pomagać w codziennym życiu? Chyba nie do końca umiemy to robić. Często rozumiemy pomoc jako podawanie na tacy gotowych rozwiązań.

Na początku nie musimy wiedzieć jak pomóc. Wystarczy zrobić krok w kierunku człowieka i obserwować wyniki naszego działania. Sprawdzać owoce i korygować swoje zachowania, aż dojdzie się do takiej sytuacji, gdy to, co robimy dla kogoś jest istotną pomocą.

Przez osiem lat byłem duszpasterzem studentów Collegium Medicum. Często twierdzili oni, że nie mają czasu. Powiedziałem im, iż nadeszła pora, by zostali wolontariuszami. Na Prokocimiu są dwa szpitale, jeden dla dzieci i drugi geriatryczny. Oczywiście moi studenci chcieli pomagać dzieciom. A my wysłaliśmy ich do szpitala geriatrycznego. Pomoc polegała na zwykłej rozmowie. Tym starszym osobom wystarczyło, że ktoś przychodził regularnie, że pamiętał. Wydaje mi się, że studenci, którzy tam byli są teraz lepszymi lekarzami. To jedno doświadczenie pozwala im zupełnie inaczej patrzeć na pacjentów i ludzi, z którymi obecnie pracują.

Za każdym razem jednak trzeba się uczyć pomagać na nowo. Podobnie jest w Stowarzyszeniu WIOSNA. Ciągle sprawdzamy, które z naszych rozwiązań działają. W przypadku Szlachetnej paczki uczymy się np. które z rodzin w potrzebie są rzeczywiście tymi, które potrzebują naszej pomocy i które elementy tej pomocy są najlepsze. Pierwsze działania skupiają się na wysłaniu sygnału „dla kogoś jesteś ważny” oraz na zaopatrzeniu w rzeczy. Ale czasem zdarza się, że darczyńcy wchodzą w bliską relację z obdarowanymi. I to też może być pomocą.

Czyli Stowarzyszenie WIOSNA wciąż się uczy?

Przede wszystkim się uczymy. Nikt nie ma prawa tutaj powiedzieć, że miał dobre chęci, ale nie wyszło. Jak już coś robisz, to ma ci wyjść. U nas nie ma barier, których nie można by pokonać.

Nie ma granic i nie ma narzekania?

Nie wypada narzekać. Jest taka historia związana ze Szlachetną paczką. Wszyscy siedzą przy komputerach i pracują. Nagle ktoś podnosi głowę i mówi „Tego się chyba nie da zrobić”. Na co wszyscy odpowiadają: „Chyba jesteś od niedawna w paczce”.