Obrońca Wisły wrócił z mistrzostw świata. „Od razu zalewałem się potem” [Rozmowa]
Michał Knura, LoveKraków.pl: Z Indonezji wracałeś z zatruciem pokarmowym. Czy doszedłeś już do pełni sił?
Jakub Krzyżanowski: Jeżeli będzie taka potrzeba, to wydaje mi się, że dałbym radę zagrać w sobotnim meczu z GKS-em Katowice. Kilka dni musiałem odpocząć, w treningu jestem od czwartku. Praktycznie każdy zawodnik naszej reprezentacji miał na tych mistrzostwach podobny problem z trawieniem. Wynikało to ze specyficznej kuchni azjatyckiej. Jedzenie jest bardziej doprawione, są inne kultury bakterii. To było do przewidzenia, więc byliśmy szczepieni, zażywaliśmy probiotyki, ale i tak nas to dopadło. Przed meczem z Japonią trzy czwarte kadry zgłaszało ból brzucha, czuli się niekomfortowo. Potem skrarżyły się pojedyncze osoby. Ja największy problem miałem dzień przed wylotem do Polski.
Słyszę, że do Krakowa podróżowałeś 28 godzin!
Najpierw lecieliśmy z Dżakarty do Dohy, potem z Dohy do Warszawy. Mnie na koniec czekała jeszcze przesiadka do pociągu w stronę Krakowa.
Można było mieć uwagi organizacyjne?
Nie, wszystko było na wysokim poziomie. Branding, eskorta w czasie podróży, ochrona całą dobę. Czułem, że to naprawdę duża impreza. Społeczeństwo też miało tego świadomość, bo żyli mistrzostwami, machali do nas, gdy jechaliśmy na trening lub mecz. Po raz pierwszy byłem na tak dobrze przeprowadzonym turnieju.
Trener miał do dyspozycji okrojony skład, bo czterech waszych kolegów postanowiło zabalować i zostali odesłani do domu. Już przeprosili?
Oczywiście. Zrobili głupotę i było po nich widać, że to zrozumieli. Ten błąd może ich dużo kosztować, ale może nie wszystko. Mam nadzieję, że odrobią lekcję i ich nie skreślam. Może w przyszłości oddadzą nam to, co teraz straciliśmy? Często dostajemy różne zaproszenia, ale ja do tej pory nie miałem podobnych problemów. Od dużych imprez wolę ciszę i spokój.