Oczami pracowników supermarketu

Praca w markecie nigdy nie należała do atrakcyjnych, zwłaszcza jeśli stosunki z przełożonymi nie układały się tak, jak powinny. Jak oceniają ją byli i obecni pracownicy krakowskich sklepów?

Michał ma 27 lat i od osiągnięcia pełnoletniości pracuje w krakowskich marketach.

– Praca w markecie to kwestia nastawienia, robisz coś monotonnie i myśli ci uciekają. U człowieka młodego odbiegają one od tego, co dzieje się w sklepie. Wtedy, gdy tam pracujesz, myślisz o różnych swoich planach bardziej dogłębnie i dalekowzrocznie. Jak już tu jesteś to dostrzegasz, że swoją sytuację trzeba w końcu poprawić – wyjaśnia.

Z opowieści Michała wynika, że pracownicy marketu są bardzo zróżnicowani, jednak od samego człowieka zależy, w jakich relacjach z nimi pozostanie.

– Albo nie akceptujesz tego w ogóle i nie jesteś w stanie się zintegrować, albo zostajesz na swoim pułapie, ale jesteś wyalienowany. Jeśli pozwolisz na podporządkowanie się takiemu systemowi, to przestaną interesować cię rzeczy, które robisz na co dzień, bo przesiąkniesz marketem – dodaje.

Kierownik robił mi zdjęcia z ukrycia

Damian ma 22 lata i jest studentem Uniwersytetu Rolniczego. Obsługuje stoisko rowerowe i przyznaje, że traktuje to jak coś, od czego zaczyna pracę zawodową. Pomimo tego iż nie wiąże przyszłości ze sklepem, zauważa problem w relacjach z kierownictwem.

– Niestety kierownicy traktują pracowników jak śmieci. Pamiętam sytuację, gdy siedziałem w alejce i skręcałem rowery, a kierownik przy dyrektorze niesłusznie zmieszał z błotem pracownika. Następnie kazał mu iść na sklep i zagroził wyrzuceniem z pracy. Co ciekawe, zachowanie to spodobało się dyrektorowi, który stwierdził, że będą z niego ludzie.

Jak przyznaje Damian, nie ma szczęścia do przełożonych. Podczas dorywczej pracy w jednym z krakowskich marketów budowlanych kierownik działu robił mu z ukrycia zdjęcia.

– Wszystko zależy od ludzi, ale ja chyba źle trafiałem. Gdy pracowałem podczas sprzedaży materiałów budowlanych zdarzyło mi się przyjść do pracy w wymiętej koszulce. Zrezygnowałem bardzo szybko po tym, jak zobaczyłem, że kierownik robi mi zdjęcia z ukrycia, aby donieść o tym do samego dyrektora sklepu.

Liczy się odpowiednie podejście

Według Damiana dużo zależy też od tego, żeby nie traktować pracy jak kary.

– Mnie bardzo cieszy, jak mogę pomóc komuś wybrać odpowiedni dla niego rower. Niektórzy koledzy z działu niby są obecni na stanowisku, ale reagują na klientów alergicznie. Ja tam lubię jak ktoś stanie i pogada. Często klienci są niezwykle otwarci i zwierzają się z różnych swoich problemów. Wtedy szybciej mija czas.

Dużo zależy również od samego podejścia pracodawców. Każdy przejaw chęci dobrej współpracy jest później doceniany.

– Jak sprawisz, że człowiekowi będzie się chciało pracować, to będzie to robił dobrze. Dając pracownikom np. zaplecze, gdzie mogą tanio zjeść, czy bony na święta, sprawiasz, że czują się potrzebni. Jakiekolwiek wyżywanie się na zatrudnionym sprawia, że on każdego dnia walczy ze sobą, żeby się podnieść z łóżka.

Sprawiają wrażenie, jakby tu byli na siłę

Piotr od kilku lat jest kierownikiem działu z napojami w sieci luksusowych delikatesów. Uważa, że praca w markecie nie wymaga zbyt dużych kwalifikacji, dlatego od pracowników sklepu oczekuje się naprawdę minimum.

– Pracownicy marketu to przede wszystkim studenci albo osoby z niskim wykształceniem. Są niezadowoleni z życia i sprawiają wrażenie, jakby byli tutaj na siłę. Oczekujemy od nich minimum, bo to nie jest zbyt ambitna praca. Nacisk kładziemy na obsługę klienta - mają być uczynni, a nie pomagać z łaską. Niestety jest to bardzo trudne ze względu na ich podejście do pracy.

Najgorzej przez pośrednika

Wielu pracowników trafia do sklepu poprzez biura pracy, które dzięki gwarancji czasowego zatrudnienia i umowie z marketem naliczają sobie prowizje ze stawki pracowników. Zdarzają się jednak przypadki, gdzie pracownik do współpracy zostaje zmuszony. Tak było kilka lat temu w przypadku 25-letniego Jakuba, któremu udało wyrwać się z marketu do dobrze prosperującej korporacji.

– Na początku studiów miałem podpisaną umowę z jednym z koncernów napojów gazowanych. Moja praca polegała na tym, że dwa razy w tygodniu zajmowałem się w markecie jedynie ich towarem. Pieniądze jak na dorabiającego studenta były niezłe, bo zarabiałem 700 złotych miesięcznie. Niestety, po paru miesiącach firma podpisała umowę z pośrednikiem i moja stawka została okrojona o 1/3, więc szybko zrezygnowałem.

Większe markety respektują umowy

W przypadku dużych marketów sprawa wynagrodzeń jest prosta. Nie są to może ogromne kwoty, ale pracownik otrzymuje dokładnie tyle, na ile umówił się z pracodawcą, więc nie może mieć do nikogo żadnych pretensji. Są to zbyt poważne firmy, żeby pozwolić sobie na jakiekolwiek nieścisłości finansowe. Z doświadczenia Michała wynika, że dużo gorzej jest, jeśli chodzi o nieduże osiedlowe markety.

– Gorzej jest, jeśli chodzi o sklepy średniego segmentu, one potrafią oszukiwać. Kiedyś byłem w takiej pracy, gdzie właściciel gwarantował atrakcyjne warunki, a jak się później okazało przeinaczył pewne fakty. Inaczej przedstawiał mi wypłatę w stosunku do ilości pracy, a wyszło, że trzeba robić dużo więcej. Pięknie się uśmiechał, a później musiałem pracować ponad normę.

Jak wynika z opowieści Michała, najgorsze jest obsesyjne układanie towaru, niczym od linijki. Duże markety nie są w stanie utrzymać stałego porządku ze względu na ogromną liczbę klientów, jednak pracownik tutaj również jest pod ciągłą kontrolą.

– Kiedyś miałem taką sytuację, że sprawdziłem godzinę na telefonie i już czułem się obserwowany. Czuję presję, że każdą sekundę pracy muszę wykorzystywać w pełni, bo przecież dostaje za nią 7 złotych na godzinę. To jest strasznie nieludzkie - chcesz skontrolować czas, a już posądzają cię, że gdzieś dzwonisz. Musisz się chować, bo dyrektor przyszedł - jak w jakimś obozie pracy. Albo przekroczysz o minutę przerwę i już czujesz na sobie spojrzenia. Zastanawiasz się, czy może ochrona doniesie, bo jesteś wpisany na listę i wiedzą, ile siedziałeś na przerwie. Jak to wszystko się nałoży na siebie to człowiek po paru miesiącach jest coraz bardziej rozbity.

Ta praca spłyca w ludziach ideały

Jak zauważa Michał, najgorzej wśród pracowników marketów wyglądają ludzie wieku od 40 lat. Osoby młode potrafią jeszcze oddzielić swoje życie od pracy i odnaleźć radość z niej, czego nie potrafią osoby starsze.

– To są ludzie, którzy są zduszeni życiem. Wyglądają na zamkniętych w sobie i nie pokazują swojej prawdziwej twarzy. Słyszę ich w jadalniach, tu nie ma już rozmów o pasjach i życiu poza pracą ani o czymś światowym, bo ci ludzie przestali już tym żyć. Mam wrażenie, że ta praca spłyca w ludziach ideały.

Ze stwierdzeniem Michała nie do końca zgadza się dr Leszek Mellibruda, znany psycholog biznesu.

– To co powiedzieć o niektórych politykach? Jeśli ideały to wierność powszechnie uznanym normom i wartościom, to nie mam takiego poczucia, że praca w supermarketach jest szczególnie sprzyjająca ich spłycaniu. Jeśli przez ideały rozumieć po prostu marzenia, to raczej nie sama jakość pracy je spłyca, ale słaba odporność na trudności i stres oraz brak wiary, że nawet jeśli czegoś nie możemy mieć zaraz, to warto jest w imię tego ponosić trudy i dążyć do osiągnięcia tego.

Imiona zostały zmienione na prośbę wypowiadających się.