Od miasta nie można uciec
Bohater powieści Marcina Świetlickiego „Dwanaście” i „Trzynaście” powraca w ostatniej odsłonie trylogii, aby wytłumaczyć tajemnicę śmierci przyjaciela. Ostatni akord tej historii wybrzmiewa znakomicie, a pożegnanie z mistrzem można swobodnie określić jako pełne alkoholowego stylu i szyku.
Główny bohater „Jedenaście” podobnie jak we wcześniejszych częściach spuchł, utył i posiwiał. Zmienia jednak lokalizację – podejmuje nieudane próby ucieczki od Krakowa, który w perspektywie Świetlickiego jest miastem więcej niż piekielnym, kierującym nieszczęsnych śmiertelników na długą drogę w dół. Podróżując na podkrakowską prowincję Mistrz opuszcza miasto jedynie fizycznie – geneza historii oraz całość retrospekcji ma miejsce w Krakowie, mieście wymierającym, opętanym przez młodzież i pracowników mediów lewicujących.
Wsiąść do busa byle jakiego
Ścigany przez krakowskie demony mistrz wałęsa się po oddalonej o jedenaście kilometrów od stolicy Małopolski wsi, aby rozwikłać zagadkę tajemniczej śmierci swojego wieloletniego przyjaciela Doktora. Bohaterem kieruje nie tyle widoczna gołym okiem zagadka stanowiąca oś tej historii, co nadal boleśnie świeże poczucie straty. Po śmierci przyjaciela mistrz traci resztki władzy nad swoim życiem – nie ma z kim chodzić do Dymu, Zwisu, Pięknego Psa. Po zamknięciu mitycznego Biura jego jedynym celem w życiu jest wałęsanie się z psem od Małego Rynku, poprzez Sienną, aż do Plant. Nawet nadużywanie alkoholu z nieznajomym w lokalu na Stolarskiej, który ma zbyt długą nazwę, by ktoś mógł ją zapamiętać, nie budzi w mistrzu dawnego dreszczyku. Utrata Doktora równoznaczna jest utracie jedynej busoli w wiecznie chwiejnym życiu bohatera, dlatego też zrozumienie niespodziewanej śmierci przyjaciela ma być mizerną próbą powrotu do względnej równowagi. Mistrz wsiada więc w jeden z podmiejskich busów, ale jedyne co zmienia się w jego życiu, to sceneria, w której opróżnia kolejne kieliszki. Sprawa stoi w miejscu, aczkolwiek jak można oczekiwać od historii kryminalnej, w końcu ruszy z kopyta.
Miasto rozmyte, żywoty przegrane
Świetlicki w „Jedenaście” żegna się z mistrzem i otaczającymi go bohaterami, pisząc jednocześnie najlepszą książkę cyklu. Podróżujący między rzeczywistością a pijackimi retrospekcjami bohater nie jest tak irytujący, jak w poprzednich częściach. Ostrości i przezabawnej celności nabierają kpiny autora z wszelkich zblazowanych, lewicujących, prawicujących oraz przesadnie pobożnych środowisk wypełniających Kraków. Najbardziej dostaje się oczywiście pracownikom „pewnej komercyjnej stacji”, ale scena, w której pseudo-dziennikarze na siłę poszukują sensacji jest tak trafna, że aż przerażająca.
Chłopcem do bicia jest jednak w „Jedenaście” głównie Kraków. Miasto bez perspektyw, z całkowicie nieprzydatnym patronatem miłościwie panującego prezydenta, pełne rozkrzyczanej młodzieży i dogorywającego pokolenia dawnych buntowników. W oczach bohatera „Jedenaście” Kraków rozmywa się w mizerny kolaż pustoszejących knajp i przegranych żywotów. Nawet sam mistrz, po rozwikłaniu zagadki, powraca do miasta, bierze psa na spacer i pogrąża się w stagnacji. Życie przepływa obok niego, a resztki sił witalnych wysysa to piekielne, niby-królewskie miasto.