Partyzantka pod znakiem SCT. Prezydent traci cierpliwość, policja bezradna, a licznik strat bije

Wojna o znaki SCT w Krakowie. Prezydent oskarża oponentów, a policja od miesięcy jest bezradna. W tle 43 tys. zł strat.

Kraków od dwóch miesięcy zmaga się z plagą niszczenia znaków informujących o Strefie Czystego Transportu

Na ulicach trwa swoista zabawa w kotka i myszkę. Ekipy Zarządu Dróg Miasta Krakowa montują tablice, a anonimowi sprawcy później je niszczą.

Michał Pyclik z ZDMK wylicza straty: – Przez niespełna dwa miesiące wydaliśmy na naprawę 43 tysiące złotych. W nocy robimy przegląd, a następnego dnia stawiamy nowy znak. Miasto działa sprawnie, ale czekamy na efekty działań policji.

Miszalski uderza w stół

Prezydent Aleksander Miszalski stracił cierpliwość. We wtorkowym wpisie w mediach społecznościowych wprost powiązał akty wandalizmu ze środowiskami sprzeciwiającymi się SCT. Choć nie zrobił tego literalnie, wezwał organizatorów referendum do „jednoznacznego odcięcia się”.

Według prezydenta mamy do czynienia ze „zorganizowaną grupą”, która z niszczenia wspólnego mienia robi sobie powód do dumy. Miszalski przyznał, że przy wdrażaniu strefy popełniono błędy i zapowiedział korekty na przyszły tydzień.

– Czym innym jest merytoryczna dyskusja, a czym innym zorganizowane niszczenie wspólnego mienia – podkreślił prezydent. Zapowiedział też wniosek do policji o wspólne patrole ze strażą miejską.

„Cios poniżej pasa”

Organizatorzy referendum nie dłużni pozostali prezydentowi. Jan Hoffman, lider komitetu, nazywa oskarżenia „ciosem poniżej pasa”. Twierdzi, że łączenie ich z wandalizmem to element brudnej kampanii.

Prezydent pewnie niedługo poprosi mnie, bym odciął się od strzelanin w Meksyku.
Jan Hoffman, lider komitetu referendalnego

Zaznacza jednak, że znaki nie powinny być niszczone, a apele należy kierować do organów ścigania.

Piotr Bartosz z Ruchu Narodowego (Konfederacja) nie ma wątpliwości, że wtorkowy wpis Aleksandra Miszalskiego to próba przerzucenia odpowiedzialności na organizatorów referendum. Podkreśla, że jego środowisko wielokrotnie i jednoznacznie odcinało się od aktów wandalizmu.

– Napisałem nawet post na ten temat. Wcale nie cieszę się z niszczenia tych znaków, bo to są rzeczy, na które my wszyscy się później składamy z naszych podatków – zaznacza Bartosz. 

Jego zdaniem kluczem do rozwiązania problemu nie są apele, a zmiana samej uchwały. Uważa, że gdyby strefa została zmniejszona, znaki przestałyby być niszczone.

Polityk Konfederacji punktuje też brak spójności w obozie prezydenckim. Przypomina piątkową konferencję z początku stycznia, na której padły sprzeczne tezy. Wiceprezydent Łukasz Sęk sugerował, że za niszczenie znaków odpowiadają osoby spoza Krakowa. 

Działacze poszli za ciosem i powiedzieli "sprawdzam". Urząd w odpowiedzi na wniosek nie był w stanie wskazać konkretnych argumentów. 


„Blade Runners” kpią z prezydenta

W sieci sprawę nagłaśnia profil „Blade Runners SCT Kraków”. Publikują zdjęcia zniszczonych znaków. Też odpowiedzieli na wpis prezydenta.

„Zachęcamy do ważenia słów. Aleksander Krzywousty nie chciałby spotkać się w sądzie przez nietrafione pomówienia bez dowodów” – napisali administratorzy strony, nazywając włodarza miasta „Prezydentem Niszczalskim”.

Bezradność służb i polityczne tło

Sytuacja jest kłopotliwa dla policji. Choć sprawa trwa dwa miesiące, sprawcy pozostają nieuchwytni. Piotr Szpiech, rzecznik Komendy Miejskiej Policji w Krakowie, zapewnia, że trwają działania operacyjne i analiza monitoringu.

Większość zdarzeń jest kwalifikowana jako wykroczenia, co ogranicza pole manewru służb. Tu pojawia się aspekt polityczny. Policja podlega komendantowi wojewódzkiemu, a nadzór nad nią sprawuje minister Marcin Kierwiński – partyjny kolega Miszalskiego.

Prezydent oczekuje od podległych mu służb zdecydowanie większej skuteczności w tym zakresie i jasno to komunikuje. Przeznaczył już dodatkowe środki na Straż Miejską oraz Policję, aby zwiększyć liczbę patroli w najbardziej narażonych lokalizacjach i skuteczniej chronić mienie miejskie.
Joanna Krzemińska, rzeczniczka Aleksandra Miszalskiego

Na ten moment rozmowy z MSWiA nie były prowadzone. Jednocześnie apelujemy do mieszkańców o zgłaszanie wszelkich przypadków niszczenia infrastruktury. Reakcja społeczna i współpraca ze służbami realnie zwiększają skuteczność podejmowanych działań – podkreśla. 

Krzysztof Kalinowski/LoveKraków.pl

Nieoficjalnie: Iskrzy w komendzie

Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że w krakowskiej policji zawrzało. We wtorek komendant miejski miał w bardzo ostrych słowach zrugać swoich zastępców.

– W urzędzie mówi się wprost, że policjanci stali się pośmiewiskiem – słyszymy od informatora z Urzędu Miasta Krakowa. 

Jak mówi nam jeden z urzędników, miasto zaczęło zgłaszać uszkodzenia w taki sposób, by ułatwić policji ściganie ich jako przestępstwa.

Według urzędników za niszczeniem znaków stoi najprawdopodobniej zaledwie jedna lub dwie osoby.