Pieniądze na stadiony są. Na szpital już nie [List]

Musiałam napisać ten list gdyż czuję, że muszę w tej sprawie zabrać głos. A sprawa jest ważna. Dla mnie – matki, krakuski, nauczycielki. Ale przede wszystkim dla dzieci.

Kilka dni temu wróciłam z tygodniowego pobytu w szpitalu w Prokocimiu wraz z moją sześcioletnią córeczką. Wróciłam radosna, że mój skarb zdrowy i wyleczony. Ale przyniosłam ze sobą ogromny żal i złość na to co mogłam podczas naszego pobytu zaobserwować.  Uniwersytecki Szpital Dziecięcy w Krakowie-Prokocimiu – miejsce, którym szczyci się Małopolska, miejsce gdzie znaleźć można najlepszą kadrę lekarską dla dzieci w Polsce, miejsce nadziei setek rodziców, miejsce cierpienia i miejsce radości. Miejsce, które obecnie jest w tak potwornej ruinie, że aż żal chodzić korytarzami.

Ruina

Jak to możliwe, że w XXI wieku leczy się młodych pacjentów w takich byle jakich warunkach. Przez okno widziałam fragment jednego ze skrzydeł szpitala: jakieś wyjście do ogródka, którym nikt nie chadzał chyba ze 20 lat, powybijane szyby w oknach jakichś sal, dziurawy dach widziany z góry. Słowem, jak to zobaczyłam po raz pierwszy aż dostałam gęsiej skórki i poczułam się jakbym oglądała fotografie jakiegoś dawno opuszczonego szpitala. Chodząc korytarzami co chwilę miałam podobne widoki przez okna. A na samym oddziale... no cóż, łóżko każde innego rodzaju, rozwalające się szafeczki, okna przez które szalał wiatr (dobrze, że kaloryfery grzały na pełną moc), drewniane krzesełko dla rodzica (tak – miałam na nim spać). (…) W dziecięcych toaletach  nie uświadczysz ani papieru, ani mydła. Deska klozetowa była w takim stanie, że za pierwszym razem myślałam, że ktoś na nią zwymiotował. Potem się zorientowałam, że ona taka już ze starości jest. Ale dobrze, że chociaż dziecko mogło na oddziale skorzystać z toalety, gdyż rodzic musiał chodzić po piętrach w poszukiwaniu publicznej toalety, w której sama nie wiem co było lepsze: smród dymu tytoniowego czy odchodów? Jedno i drugie w każdym razie zmuszało do korzystania „na wdechu”.

Na ZIO pieniądze są, na szpital nie

Ale o tym dość. Mój list nie jest użalaniem się ani skargą na warunki w szpitalu. Ja to wszystko rozumiem. Wiem, że szpital po części jest remontowany (chociaż żadnej ekipy remontowej ani za dnia, ani nocą nie widziałam), wiem, że wszystko na pewno rozbija się o pieniądze. I o to właśnie mi chodzi w moim liście. Jestem w szoku, jak to możliwe, że nasi krakowscy radni zajmują się organizowaniem igrzysk celem promowania Krakowa, chcą wydać tak ogromne pieniądze podatników na tak beznadziejne przedsięwzięcie, a brak jest funduszy na renowację prawdziwej wizytówki Krakowa i Małopolski, dokąd przywozi się dzieci z różnych stron Polski? Jak to możliwe, że wywalane są pieniądze na budowę stadionów, żeby bandyci mieli gdzie się zabawiać na kolejnych meczach, a nie ma pieniędzy na natychmiastowe wsparcie techniczne dla szpitala w Prokocimiu? Jak o tym wszystkim myślę, to aż wyć mi się chce, bo czuję się tak bezsilna w tym całym obłędzie, tak absolutnie zszokowana i zniesmaczona poczynaniami osób, które naszą rzeczywistością rządzą. Trudno to wszystko sobie racjonalnie wytłumaczyć. Ale proszę, ludzie, zróbmy coś wreszcie!

Anna Kolata

*Redakcja LoveKraków.pl zastrzega sobie prawa do skracania listów oraz nadawania tytułów oraz śródtytułów