Pieniądze za zbieranie podpisów lepsze od lekcji w szkole?

Łukasz Gibała poinformował w środę, że zebrał już 25 tysięcy podpisów za zorganizowaniem referendum ws. odwołania prezydenta Majchrowskiego. To niemal połowa z wymaganej liczby. W sprawie zbierania podpisów pojawiają się też jednak głosy krytyki: mieszkanka zarzuca Gibale, że zatrudnia do tego dzieci, które powinny być wtedy w szkole.

– W poniedziałek dwie gimnazjalistki zbierały nachalnie podpisy przy drzwiach przychodni na os. Kolorowym. Kiedy zapytałam, czemu nie są w szkole i czy tak dobrze im pan Gibała płaci, odpowiedziały, że „dobrze im płaci” – relacjonuje Grażyna Nadurska, była radna Bieńczyc.

Nadurska mówi, że rozumie i popiera włączanie młodych ludzi do działań społecznych, ale raczej w takich sprawach jak Budżet Obywatelski. – Żeby już dzieci wykorzystywać do polityki, to trochę może za wcześnie – ocenia.

Gibała: „Nie możemy wszystkich kontrolować”

Stowarzyszenie Łukasza Gibały zaprzecza, że płaci osobom zbierającym podpisy, choć podkreśla, że jest to legalne, podobnie jak zbieranie przez osoby niepełnoletnie. – Nie mamy nic przeciwko temu, żeby ktokolwiek wynagradzał zbierających, jeśli tego chce i ma na to fundusze – komentuje.

Przedstawiciele Logicznej Alternatywy w odpowiedzi na zarzuty Grażyny Nadurskiej podają, że każdego dnia przez ich biuro przewija się mnóstwo osób. – Każdy, kto się do nas zgłosi, dostaje dowolną liczbę materiałów, czyli kart do zbierania podpisów, ulotek czy koszulek. Tych ostatnich tylko w ciągu dwóch tygodni trwania akcji rozdaliśmy 500. Nie jesteśmy w stanie kontrolować, w jakim dokładnie miejscu czy czasie są zbierane podpisy – jest to najzwyczajniej niemożliwe.