"Popkulturowy obraz świąt to zasługa hipermarketów" [Rozmowa]

Co nas łączy, a co dzieli przy wigilijnym stole? Czy jesteśmy zmęczeni świąteczną atmosferą, która zaczyna się już w listopadzie? Dlaczego Boże Narodzenie to trudny czas dla singli? O tym , jak teraz wygląda polskie święta rozmawiamy z Jarosławem Wasikiem, kulturoznawcą z Uniwersytetu SWPS.

Natalia Grygny, LoveKraków.pl: Jak teraz wyglądają polskie święta? Co się zmieniło na przestrzeni lat?

Jarosław Wasik, kulturoznawca, Uniwersytet SWPS: Wszystko zależy od tego, gdzie dane osoby mieszkają i jaki mają model rodziny. Na pewno inaczej spędzają święta mieszkańcy dużych miast i wsi.  Ci drudzy mają szansę przeżywać je bardziej tradycyjne, bowiem w oczywisty sposób są bliżej natury. Jeżeli rzecz dotyczy modelu rodziny, tak naprawdę w miastach wielodzietne familie nie występują zbyt często.  W rodzinie mieszkającej na wsi i składającej się z seniorów rodu, ich dzieci i wnuków ten czas wygląda inaczej niż w miastach, gdzie mieszkają często ludzie przyjezdni i w tym okresie wyjeżdżają do bliskich. Trzeba również brać pod uwagę fakt, że Polska bardzo się zmieniła, podobnie jak zmieniło się pojmowanie jedynego miejsca na ziemi. Dziś w miejscu zamieszkania ludzie często nie czują, że do końca są u siebie.

Co to dokładnie oznacza?

Muszą wrócić na święta do rodzinnego domu. Często mamy do czynienia z sytuacją, że osoby mieszkające w Warszawie, Krakowie czy Gdańsku pochodzą z innych regionów, a do dużych ośrodków wyjechali za pracą lub zostali po studiach. Warto zwrócić uwagę na  jeszcze jeden aspekt jakim jest emigracja. W polskich rodzinach wyczekuje się zwłaszcza przyjazdu młodego pokolenia mieszkającego za granicą. Przez to uległ zmianie sam sposób przygotowania świąt, ponieważ członkowie rodziny przebywający za granicą niestety w nich nie uczestniczą. Właściwie są najbardziej wyczekiwanymi osobami, bo z przyczyn ekonomicznych w Polsce bywają tylko dwa lub trzy razy w roku. Powtórzę jednak, że na tradycyjne święta największa szansa jest na wsi. Tam ludzie mają szansę na bliższy kontakt z przyrodą i warunki do kultywowania tych najstarszych zwyczajów. Trudno, żebyśmy w mieście serio mówili o dzieleniu się opłatkiem ze zwierzętami przez gospodarza. Tej tradycji na pewno nie będzie nikt kultywował na osiedlu mieszkaniowym, chyba że podzieli się opłatkiem z psem lub kotem. A czy będzie pamiętał, jak niegdyś, by kolor opłatka był inny? Wątpię.

Oczywiście jest w tym sporo racji. Jednak z mojej perspektywy – a wychowywałam się w jednej z miejscowości położonej w Beskidzie Żywieckim, nawet na wsi te tradycje powoli zanikają, zachodzą zmiany.

Ależ tak, nie chcę w żaden sposób generalizować. To też kwestia tego, że nie ma już takiej tradycyjnej wsi, jaka istnieje w naszych wyobrażeniach. Wszyscy mamy dostęp do najnowszej generacji sprzętu AGD, telewizji satelitarnej, Internetu i sieci komórkowych, więc dlaczego mieszkańcy małych miejscowości czy wsi nie mogliby skorzystać na przykład z cateringu? Natomiast na pewno na wsi łatwiejszy jest dostęp do darów przyrody – z których przyrządza się potrawy wigilijne (np. własnej kiszonej kapusty, jabłek z ogrodu, grzybów z pobliskiego lasu czy zebranej z pola pszenicy). Mam absolutną świadomość tego, że wiele się pozmieniało. Często w takich miejscach zostali już tylko seniorzy i coraz mocniejszy akcent kładziony jest na oczekiwanie na powrót najbliższych z Polski czy zagranicy. Warto mieć świadomość  braku niezbędnych warunków realizacji obrzędów czy tradycji – blok na osiedlu przecież nie pozwala na kontynuację niektórych z nich. Zdaję sobie także sprawę, że tradycyjne zachowania zanikają wraz z odchodzącym już, starszym pokoleniem.

Jak zatem Pana zdaniem brzmiałaby teraz definicja słowa tradycja?

Oczywiście można przywołać słownikową definicję, że to ogół obyczajów, norm, poglądów, zachowań itp. właściwych jakiejś grupie społecznej, przekazywanych z pokolenia na pokolenie, ale także ciągłość tych obyczajów czy zachowań. Trudno jednak – zwłaszcza obecnie – mówić o wspomnianej ciągłości. W tej chwili zwyczajem jest ubieranie choinki, a nie ustawianie snopków zboża w czterech rogach pomieszczenia mieszkalnego. Tradycyjne zachowania są robione z automatu i ludzie nie do końca rozumieją, skąd się wzięły i co oznaczają. Niektóre rodziny starają się, aby na wigilijnym stole znalazło się dwanaście potraw, nie zastanawiając się, dlaczego akurat obowiązuje ta  liczba? Symbolizuje ona szacunek do liczby miesięcy w roku, nawiązuje także rzecz jasna do 12 Apostołów. Kwestia automatycznych zachowań dotyczy również sianka pod obrusem. W moim rodzinnym domu tak się robiło, ale nigdy nie mogłem uzyskać informacji od dorosłych w jakim celu. Zazwyczaj słyszałem prostą odpowiedź – taka jest tradycja. Dopiero na studiach zagłębiłem się w temat i dowiedziałem się, że sianko pod obrusem (niegdyś rozkładane na całym stole i zakrywane obrusem, ale także rozsypywane na całej podłodze w izbie) miało zapewnić dobre plony w następnym roku, czyli symbolizowało życzenie dobrobytu. Nie zapominajmy, że zwyczaj ten wiązał się z zabawami matrymonialnymi mającymi miejsce po wieczerzy. Czy wie pani jak to wyglądało?



W górach również wkłada się sianko pod obrus. Niegdyś młode dziewczyny wyciągały pojedyncze źdźbła, a której udało się wylosować najdłuższe, miała pierwsza wyjść za mąż.

Na Śląsku jednak istotny był kolor. Przy losowaniu źdźbła, zielone oznaczało ślub w szybkim czasie, zwiędłe oznaczało oczekiwanie, natomiast ciemnożółte oznaczało pozostawanie w starokawalerstwie i staropanieństwie. W zasadzie – zależy jednak jak teraz ktoś podchodzi do związków i ślubów - w tamtych czasach największą radością było wyciągnięcie zielonego, bo oznaczało to zmianę w życiu młodej kobiety. Jak pani widzi, gdybyśmy zadali takie pytanie przypadkowym osobom, niewiele z nich skojarzy związek z zabawą po tej wyjątkowej kolacji.

Tak jak Pan powiedział, to już takie automatyczne podchodzenie do tradycji. Nie wiemy, skąd dane obrzędy się biorą.

Oczywiście wiele z czasów pogańskich, wiele później zostało usankcjonowanych przez kościół. Jest też trochę tak, że otrzymujemy je poniekąd w procesie wychowania w pakiecie. A ci, którzy nam je przekazali, również otrzymali je w taki sposób. Istnieje niebezpieczeństwo, że kiedyś wiedza na te tematy się skończy i pozostanie jedynie pusty rytuał.

Nie ma Pan wrażenia, że święta są obecnie popkulturowe? Inspirujemy się celebrowaniem na wzór zachodni, zaczynamy czas oczekiwania nieśmiertelnym „Last Christmas”.

Z moich obserwacji wynika, że już nawet trochę brakuje tego „Last Christmas” w oryginale wykonywanym przez Wham, ponieważ pojawia się bardzo dużo nowych wersji utworu, a radiowcy znużeni wykonaniem Georga Michaela, lansują nowe. Proszę zauważyć – nagranie sprzed ponad 30 lat pod względem brzmienia  już chyba nie odpowiada dziennikarzom, a inni wykonawcy czując koniunkturę, proponują nowe aranżacje tego świątecznego evergreenu. Moim zdaniem niestety ten popkulturowy obraz świąt kreują przede wszystkim hipermarkety i galerie handlowe. Smuci mnie fakt, że gdyby tylko było to możliwe, w sklepach wielkopowierzchniowych już pod koniec października znalazł się świąteczny asortyment.

Przeszkadza im tu jednak Dzień Wszystkich Świętych.

Tak, bo muszą dość szybko jednak pozbyć się zniczy, chryzantem czy wieńców. Do 2 listopada jeszcze jest pewne opanowanie, ale dzień później zaczyna się kreowana z premedytacją świąteczna gorączka. Wszystko oczywiście dla zysku.

Uważam, że przez to czujemy w grudniu taki przesyt świętami. Zamiast się cieszyć, czujemy zmęczenie.

Bo jak długo można się cieszyć? Wydłużenie tego procesu powoduje u nas znużenie. Galerie handlowe czy nawet małe sklepy chcą, żeby ten czas przedświątecznej gorączki nastał jak najszybciej. Dlatego nasze emocje zaczynają  działać odwrotnie. Jestem zaskoczony, że tak późno można kupić choinki na ulicach, które pojawiają się na jakieś dziesięć dni przed. Nie byłbym zdziwiony, gdyby były dostępne w połowie listopada (śmiech). Przypominam - niegdyś tradycją było, że choinkę ubierało się 24 grudnia.

A konkretnie w poranek wigilijny.

Chociaż nie jestem wyznawcą tradycyjnych podziałów, wówczas obowiązywał następujący:  kobieta zajmowała się przygotowywaniem wieczerzy, a mężczyzna z dziećmi ubierał choinkę. Pamiętam to z rodzinnego domu – mogłem ubierać choinkę, ale to ojciec (z przyczyn technicznych i bezpieczeństwa) zakładał lampki. Teraz jednak żyjemy w pędzie, więc ubieramy choinkę wcześniej, bo chcemy mieć to z głowy. Z przystrajaniem drzewka wiąże się przecież także sprzątanie, co jest dodatkową pracą.

Oszczędzamy czas?

Tak, chcemy nacieszyć się choinką już wcześniej i mieć ten „obowiązek” spełniony. To zmieniło się w przeciągu 20-30 lat. Niegdyś pilnowano, by nie zagubić świątecznej magii wspólnych przygotowań. Dziś np. zupełnie normalne stało się organizowanie wigilii składkowej.

Dlaczego to się sprawdza?

Mamy różny stopień zamożności, dlatego nie chcemy obarczać przygotowaniami konkretnej osoby. W końcu zorganizowanie wieczerzy na kilka lub kilkanaście osób wiąże się z wydaniem pieniędzy i to sporych. W rodzinach jest niepisany zwyczaj, że wcześniej umawiamy się przez telefon i dysponujemy zadania. W końcu to złożona uroczystość – przygotowanie potraw jest czasochłonne i trzeba umieć je robić. Teraz już nie jest tak, że tylko kobieta przygotowuje kolację wigilijną. Mamy równy podział obowiązków, bowiem kobiety normalnie pracują i nie siedzą w domu.

Mówimy, że święta to czas magiczny. Ale czy ten wigilijny stół nas raczej dzieli czy łączy?

Święta raczej łączą. Jeśli dzielą, to z kilku powodów. Mam na myśli poruszane przy stole tematy i to, że przez resztę miesięcy nie spędzamy tyle czasu razem, co w święta. Kiedy spotykamy się przy stole, a widujemy się tylko kilka razy w roku, po co rozmawiać o polityce, pieniądzach, rozwodach albo o życiu na kocią łapę? To tematy zapalne. Wiem również, że wielu singli irytuje przyjazd do rodziny na święta, bowiem każdego roku żąda się od nich odpowiedzi na pytanie, kiedy wreszcie się „ustatkują”. To poważny problem.

To też takie trochę ocenianie życiowych wyborów lub sytuacji, na które nie ma się wpływu.

Na takie pytania nie chcemy udzielać odpowiedzi wprost, zwłaszcza w obecności ciotek i wujków, których widujemy bardzo rzadko. Przecież fakt, że  ktoś nie znalazł życiowego partnera, może być bolesny, z kolei niekomfortowa może być także sytuacja dla kogoś, kto czeka na wnuki, nie mogąc wypełniać roli babci czy dziadka. Rodzice trzydziestolatków często nie rozumieją, dlaczego ich dzieci nagle informują o decyzji wyjazdu ze znajomymi – to coraz częstsze zjawisko, że osoby żyjące w pojedynkę rezygnują ze świąt z rodziną i uciekają na narty lub do ciepłych krajów. Może właśnie dlatego, że nie życzą sobie krępujących, corocznych, namolnych pytań. Uważam, że lepiej rozmawiać na trudne tematy w ciągu roku, w zwykłe dni, a nie przy wigilijnym stole. Jeśli w Boże Narodzenie coś nas dzieli, to przede wszystkim niefortunne pytania i źle dobierane tematy rozmów.