Prezydent jest, ale jakby go nie było [List od Czytelnika]

Pamiętam z Internetu charakterystyczne zdjęcie Jacka Majchrowskiego. Prezydent siedząc opiera głowę o rękę, w której trzyma cygaro, a z ust wypuszcza gęsty strumień dymu. I to jest dla mnie taka znakomita alegoria stosunku profesora do miasta, którym rządzi. Zmęczenie, obojętność, pasywność, „niedasię”, „dajcie mi już święty spokój”, „czego chcecie, stary jestem”.

Głosowałem w drugiej turze wyborów na pana Majchrowskiego, chociaż zdawałem sobie sprawę nie tylko z jego mankamentów, ale też mocnych stron. Wydaje mi się jednak, że wybieranie kolejny raz tak zwanego mniejszego zła, sprawiło że wszystko zostało po staremu. I tak oto – również z mojej winy – Kraków przez kolejne cztery lata skazany jest na depresję, brak energii i bezpańskość. Bo Jacek Majchrowski to w sumie taki prezydent, który jest, ale jednocześnie jakby go nie było. Pomimo tego, że 12 tysięcy złotych miesięcznie znika z naszych podatków.

Brak dynamiki, aktywności i lenistwo są szczególnie groźne, jeśli chodzi o bezpieczeństwo w mieście. A właściwie jego brak. Gdy kilka tygodni temu przeglądałem nagłówki z TVN24 i natrafiłem na tytuł „Z maczetą wszedł do restauracji. Wyzywał klientów i groził, że wszystkich pozabija”, to nie musiałem już nawet klikać w link i czytać całej treści wiadomości, by wiedzieć, o które miasto chodzi.

Przeraża mnie, że każda wzmianka o maczecie czy ataku nożem budzi u mnie automatyczne skojarzenie ze stolicą Małopolski. Gdy widzę tego typu nagłówki, nie zastanawiam się w którym polskim mieście do tego doszło, tylko od razu myślę w której dzielnicy Krakowa miało to miejsce. Teraz kolejny atak nożownika na Plantach. Jeden z bardzo wielu i, niestety, pewnie nie ostatni.

Gdzieś indziej jest gorzej…

Jacek Majchrowski będzie miał pewnie na to już usprawiedliwienie w swoim stylu. Tłumaczenie, które mnie oraz większość mieszkańców doprowadza do szału i białej gorączki. Prawdopodobnie to media uwzięły się na Kraków, ponieważ nie informują o morderstwach czy atakach w innych miejscowościach. Bo jak prezydent zwykle twierdzi: takie rzeczy dzieją się również poza naszym miastem. Pasjonat cygar może na dodatek przytoczyć statystyki pokazujące, że więcej przestępstw jest przecież w Katowicach, Poznaniu i Wrocławiu. Tak w ogóle to wszystko jest cacy, bo przecież kibole tną się tylko między sobą, a normalnych ludzi zostawiają w spokoju.

Od jakiegoś czasu nawet to ostatnie „majchrowskie” prawidło i zaklinanie rzeczywistości niewiele ma wspólnego z faktami. Atakowani są już wszyscy, nie tylko futbolowi fanatycy. Sprawia to, że coraz bardziej boję się mieszkać w tym mieście. Mieście, w którym się urodziłem, i które kocham. Nigdy nie przypuszczałem, że będę poważnie zastanawiał się nad wyprowadzką z Krakowa. Ale duszący smog węglowo-samochodowy, wszechobecna maczetowa dresiarnia czy zalew ziejącego agresją graffiti sprawiły, że egzystencja tutaj jest nieznośna i obarczona zbyt dużą groźbą utraty zdrowia lub życia. Tak wysokiego ryzyka nie chcę podejmować, nawet w imię ogromnej miłości do mojego przepięknego historycznego grodu.

Do planów przeprowadzki do Gdańska, do miasta z czystym powietrzem, bez nawoływań na murach do „….. żydów maczetami” i życzenia „psiarni śmierci”, lepszymi ścieżkami rowerowymi i wyższymi zarobkami, no i bez nieobliczalnych przestępców z maczetami skłania mnie brak nadziei na poprawę sytuacji w Krakowie. Pesymizm ten bierze się nie tylko z tego, że mój prezydent będący profesorem jednej z najstarszych uczelni w Europie, sam tarza się w tym bagnie, życząc swoim klubowym kolegom, by „nigdy nie zeszli na psy” czy pozwalając, by gigantyczny malunek gloryfikujący jego ulubiony klub piłkarski miesiącami szpecił zabytkowy mur przy ulicy św. Marka.

Pan prezydent jest po prostu zbyt zmęczony i zapracowany ciułając tyle lat na trzech etatach, przez co nie ma czasu na duperele typu poprawa bezpieczeństwa mieszkańców. To wyczerpanie z przepracowania unaocznia się w zaniechaniu wszelkich działań i wiecznym hamletyzowaniu w momencie gdy potrzebne są szybkie i stanowcze kroki naprawcze. Jak miejskie ulice spływają krwią kolejnych krakowian, a Majchrowski dalej nie ma pewności co do skuteczności inteligentnego monitoringu czy polityki „zero tolerancji” dla kryminalistów, to znak że trzeba pakować walizki i ratować się.

Strach się bać

Skupiłem się tutaj głównie na pasywności prezydenta, ale wina zaniechania spoczywa tak naprawdę na barkach całej lokalnej klasy politycznej, w tym radnych miejskich, posłach i… księżach. Jedni politycy nie przykładają szczególnej uwagi do spraw przestępczości przeciwko mieniu, zdrowiu i życiu, nie lobbują za zmianą prawa ani nie wprowadzają takiego, które mogłoby zaoszczędzić ludzkiej tragedii. Drugi rodzaj polityków zamiast edukować, apelować i wykorzystywać w pozytywnym celu swój rząd dusz, woli skupiać się na sobie, zapełnianiu co niedziela tacy i walce z gender. A krakowianie dalej żyją w lęku.

Skoro ja nie czuję się bezpieczny w mojej „dobrej”, „prestiżowej” i „spokojnej” dzielnicy, to co dopiero mają powiedzieć mieszkańcy Kurdwanowa, Bieżanowa, Mistrzejowic, Wzgórz Krzesławickich, Prokocimia, Azorów i innych mordorów? Strach się bać.

Nie mogę zrozumieć dlaczego politycy krakowscy nie lobbują w Sejmie za wycofaniem z legalnego obrotu np. maczet? Te narzędzia z założenia stworzone zostały do przedzierania się przez gęsto porośnięte dżungle i penetrowania buszów. W Polsce nie ma potrzeby ich posiadania. Chyba, że jest się kibolem.

Prawo nadal chroni przestępców, a nie ofiary. Ludzie boją się bronić siebie czy innych, by nie przekroczyć granic obrony koniecznej, bo pójdą do więzienia na lata. Przestępcy nie mają tego typu rozterek. Wiedzą, że sąd da co najwyżej wyrok w zawieszeniu.

Ciągle nie mamy też podejścia kompleksowego do biedy, problemu wykluczenia czy braku perspektyw dla tzw. „straconego pokolenia”. Młodych osiedlowych chłopaków, którzy nie urodzili się przestępcami. Stali się nimi, bo nie mieli poczucia bezpieczeństwa, miłości, zajęcia, autorytetu czy pracujących rodziców. Od małego nasiąkali patologią. Dzięki temu zostali narybkiem wyłowionym przez osiedlowych bandytów oraz narkotykowych mafiosów, którzy wykorzystują ich głupotę, poczucie bezwartościowości, potrzebę ochrony przez silniejszego i przynależności do niego. Kiedyś rozmawiałem na ten temat z pewnym starszym panem, który powiedział, że „teraz młodzież nie ma zajęcia”.

Mówił, że dawniej kilkunastoletni chłopiec mógł się wykazać i znaleźć pracę jak nie był zbyt inteligentny, żeby się dłużej uczyć, przez co czuł, że przynajmniej coś potrafi i jest innym potrzebny. „Teraz to nawet każdy półgłówek robi magistra, bo wciska mu się do łba, że tak trzeba i potem się tylko frustruje, że to wszystko to była jedna wielka mrzonka”. Nic dodać, nic ująć.

Chociaż może jednak lokalne władze powinny wziąć pod lupę niedawne wybory prezydenckie (krajowe). Trzecie miejsce w wyścigu o pilnowanie żyrandola zajął antysystemowy, ziejący nienawiścią ekstrawertyczny muzyk i były alkoholik. A teraz jeszcze wygrał w rankingu zaufania Polaków do polityków. Można oczywiście wyśmiewać rozchwianie emocjonalne narodu podczas podejmowania ważnych dla kraju decyzji, ale chyba lepiej na poważnie wyciągnąć z tego wnioski.  Tak kończy się zamiatanie problemów pod dywan, buta i bierność władzy. Przychodzą nieodpowiednie osoby, które wypełniają tę lukę w umysłach sfrustrowanych ludzi.

Oddali centrum

W Krakowie unaocznia się to właśnie najbardziej w problemie kibolstwa. Malujący na różowo rzeczywistość lokalni politycy oddali im dawno temu w posiadanie już nie tylko peryferyjne osiedla, ale nawet prestiżowe centrum, z którego dawniej byliśmy dumni. Może Jacek Majchrowski, Grzegorz Stawowy, Józef Pilch, Agata Tatara, Bogusław Kośmider, radny X, poseł Y, ksiądz Z myślą, że maczeta kibola sięga tylko szarego krakowianina?

Być może dopiero jak przyjdzie im szukać po śmietnikach czy rowach porozcinanych zwłok swojego dziecka, wnuka, małżonka czy bliskiego przyjaciela, zorientują się, że Kraków to nie tylko Wawel i kulturalni mieszkańcy. Jeśli nie zrobią w mieście porządku, to wystraszeni krakowianie odsuną ich od władzy i zaczną głosować na wszelakiej maści radykałów jak coraz częściej robią to Polacy lub Niemcy w latach trzydziestych ubiegłego wieku.

Grzegorz