Przy inwestycjach za 300 złotych łatwiej o sukces [Rozmowa]

O rosnącej liczbie oddolnych inicjatyw i satysfakcji jaką daje zmienianie miasta, rozmawiamy z Agatą Bloswick, założycielką inicjatywy aDaSię.

Jakub Drath, LoveKraków.pl: W niedawnym wywiadzie dla LoveKraków.pl prof. Zbigniew Myczkowski z dystansem mówił o oddolnych inicjatywach. Powiedział, że energia aktywistów może iść w złym kierunku. To jak, pomagają czy blokują rozwój miasta?

Agata Bloswick, inicjatywa aDaSie: Takie oddolne ruchy mają tendencję do pójścia w trzech ryzykownych kierunkach. Pierwszy prowadzi do tego, że ludzie się bardzo szybko zniechęcają. Pomysłów jest mnóstwo, ale gdy coś nie wypali, gdy ktoś wyrwie posadzone rośliny czy pobazgrze zamalowaną ścianę, ludzie tracą zapał. Druga ścieżka jest polityczna, co sama też odczułam podczas ostatnich wyborów samorządowych. Wiele osób proponowało mi start do rady dzielnicy czy rady miasta. To oczywiście nie jest niczym złym, ale w mojej ocenie traci się wówczas na wiarygodności, bo można się narazić na zarzuty o działanie dla pieniędzy czy stanowisk.

Jaki jest trzeci kierunek?

To pełne usystematyzowanie, założenie fundacji czy stowarzyszenia. Ja tego też zawsze unikałam, bo tutaj znów pojawiają się oskarżenia o to, że formalizacja ma na celu tylko pozyskiwanie pieniędzy z grantów. Myślę, że w unikaniu tych zagrożeń leży powód, że aDaSie są skuteczne – nie mamy wielkich ambicji, żeby natychmiast poprawić całe miasto, więc nie zniechęcamy się, gdy coś nie wyjdzie.

Mam wrażenie, że jest teraz coraz więcej takich zupełnie lokalnych inicjatyw – nawet bardziej osiedlowych, niż dzielnicowych.

Tak, i to mi się zawsze najbardziej podoba. Bardzo łatwo jest założyć, że zrobi się coś widocznego, na Rynku, na Plantach czy na bulwarach. Ale tak naprawdę najwięcej czasu spędzamy albo w pracy, albo w domu – w Nowej Hucie, na Piaskach Nowych czy na Kurdwanowie. I okazuje się, że naprawdę wiele możemy zrobić u siebie pod blokiem, a efekty będziemy widzieć codziennie. Dlatego takich inicjatyw pojawia się coraz więcej.

Czy to świadczy o jakimś nowym sposobie myślenia o mieście?

Po części wynika to z tego, że widać, że innym się udało. Ja widzę też po sobie, że im więcej podróżuję – a moja praca akurat tego wymaga – tym bardziej mogę zaobserwować, że takie inicjatywy się udają w innych miejscach. Pomaga też internet i Facebook, gdzie można się dzielić takimi pomysłami. To zwykle bardzo proste rzeczy i człowiek stwierdza, że warto samemu spróbować.

Jak Pani ocenia współpracę ze strony miasta?

MPO jest rewelacyjne, chwalę ich przy każdej okazji. Pomagają zawsze przy akcjach sprzątania, dają worki i rękawice, do tego odbierają śmieci z umówionego miejsca. Przyjeżdżają nawet w niedzielę. To samo muszę powiedzieć o Zarządzie Zieleni Miejskiej. Zaczynaliśmy w aDaSiach wtedy, gdy jeszcze zielenią zajmował się ZIKiT. Ten zarząd zieleni w ZIKiT był po prostu instytucją z innego świata.

Jakie mieli oczekiwania?

Kazali nam na przykład robić projekty nasadzeń, tego co chcemy w donice wsadzić. Zupełnie abstrakcyjna sytuacja, w której mają pustą donicę, ktoś chce za darmo przyjść i posadzić, a oni wybrzydzają. Zdarzało się, że posadziliśmy już na partyzanta jakieś kwiatki, a firmy, które wtedy ZIKiT wynajmował do plewienia donic, nie zauważyły, że było posadzonych sto kwitnących aksamitek. Wyrwali więc wszystkie, bo mieli w kontrakcie oczyszczenie donic…

To się już zmieniło?

Tak. Nowy Zarząd Zieleni Miejskiej sam wychodzi z inicjatywami, organizuje spotkania w dzielnicach. To bardzo duża zmiana, bo wychodzą do mieszkańców. Na ulicy Rajskiej robiliśmy w czerwcu akcję sadzenia kwiatków. Jak się potem okazało, prywatne osoby, który wtedy do nas dołączyły, zgłosiły się później do pracy w ZZM. To pokazuje, jacy tam są pracownicy. Potem na zasadzie konsultacji oni wyszli z propozycjami, jak zakomunikować, że po usunięciu starych drzew nie będzie tam klepiska, ale pojawią się nowe. Pokazują, że się da, starają się. Zamiast małych drzewek posadzili duże. To pokazuje, że zmiana jest bardzo widoczna.

Gorzej jest wtedy, jeśli oddolne inicjatywy mają na celu zmianę jakichś planów miasta. Mam tu na myśli np. tzw. trasę wolbromską. Miasto do dziś zarzuca mieszkańcom, że to przez nich budowa tramwaju na Górkę Narodową się opóźniła.

Nie próbuję się w to wtrącać, nie znam się na tym. Są osoby, które fantastycznie się tym zajmują, organizują maratony pisania uwag do planów zagospodarowania. Ale jeżeli dostaje się 150 tysięcy tych samych uwag, to trzeba się zastanowić, czy jest to racjonalne. Nie jestem prawnikiem, jestem osobą, która zajmuje się działaniem. Zdecydowanie łatwiejsze i bardziej satysfakcjonujące jest skupienie się na inwestycjach za 300 złotych. Człowiek się wtedy mniej frustruje. Zdecydowanie łatwiej osiągnąć jest sukces w sprawie kwiatków w doniczce niż zmienić trasę autostrady przez miasto. Sukces polega na tym, że da się to zorganizować w bardzo prosty sposób i człowiek się nie zniechęca.