Równo z trawą: Transfery po krakowsku - włoski budowlaniec i portugalski student

Wiecie jak to czasem jest. Od dziecka marzysz, by zostać piłkarzem. Z wypiekami na twarzy śledzisz mecze największych gwiazd i myślisz tylko o tym, żeby kiedyś biegać po tych samych murawach Camp Nou, albo innego Old Trafford. Rodzice mają jednak wobec ciebie inne plany. "Z piłki nie wyżywisz rodziny" - mówią i podsuwając pod nos książki jednocześnie chowają zdartą gałę do szafy. Jeśli w dzieciństwie przeżyłeś podobną traumę, a masz już na tyle lat, by decydować o własnym losie, wiedz, że nie wszystko stracone. Nadal możesz zasmakować futbolu na najwyższym poziomie. Przynajmniej tym polskim.

Wystarczy, że posiadasz komplet w miarę zdrowych i funkcjonalnych kończyn. Przyda się też południowa uroda i dobra znajomość dowolnego języka obcego. Doświadczenie zdobyte w jakimkolwiek klubie piłkarskim będzie dodatkowym atutem, ale absolutnie nie jest wymagane. W końcu całe życie byłeś pilnym uczniem, wiedzę zdobywasz w mig. Jeśli spełniasz te kryteria, weź piłkę i odbij ją kilka razy od jakiegoś muru w okolicach ulic Reymonta i Kałuży. Jest duża szansa, że twoje umiejętności zweryfikują trenerzy ekstraklasowego i prawie ekstraklasowego klubu.


To nie żart. To wniosek płynący z ostatnich ruchów transferowych Wisły i Cracovii. Przy Kałuży testy przechodzi właśnie 24-letni Włoch Michele Varallo. Sam siebie określa mianem napastnika. Ostatnio zachwcycał kibiców Virtusa Castelfranco, zdobywając 17 goli w 35 spotkaniach Serie D, czyli piątej ligi włoskiej. Jak donosi sport.pl, na kazdym kroku podkreśla, że marzy o zostaniu zawodowym piłkarzem. Jak dotąd w ojczyźnie wyżej od jego umiejętności snajperskich ceniono wiedzę nabytą w szkole budowlanej. Żeby utrzymać rodzinę fizycznie pracował na rzecz włoskich developerów. Być może jego życie potoczyłoby się inaczej, gdyby nie... artretyzm. Choroba wyłączyła Michele z uprawiania sportu na długie dwa lata.

Wisła wykazała się większym profesjonalizmem. Zamiast przeszukiwać piłkarskie śmietniki w kraju pizzy i Erosa Ramazzottiego, wnikliwie rozejrzała się na własnym podwórku. I na Uniwesytecie Pedagogicznym odnalazła obiecującego Portugalczyka. Choć określenie "obiecujący" dotyczy głównie danych w indeksie. Na imię mu Edi, a to w piłkarskiej Polsce bezpośrednie nawiązanie do Andradiny. Nazwisko ma równie futbolowe. Nie mogę go zdradzić, więc napiszę tylko, że identycznie nazywający się zawodnik rozegrał w latach 90-tych prawie 50 meczów dla kadry Brazylii. To wystarczyło, by przebywającego w Krakowie w ramach Erasmusa Portugalczyka zaprosić na trening Młodej Ekstraklasy.




Oczywiście szybko okazało się, że nie przez przypadek jedynymi profesjonalnymi klubami, jakie do tej pory odwiedzał Edi, były Frantic i Studio. Przegoniono go z Reymonta i pewnie podobny los czeka budowlańca znad Tybru. Ale co chlopaki przeżyli, to ich. Jeśli na facebookowym wallu zobaczą kiedyś popularny cytat z Coelho "Marzenia i rzeczywistość to dwie strefy trudne do pogodzenia", będą mogli z triumfalnym uśmiechem powiedzieć "Bzdura!".



fot. facebook.com