Rozmowa na dzień dobry. Jeśli limit liczby osób nie zniknie, system się załamie
Jakub Drath, LoveKraków.pl: Od poniedziałku na trasy wyjedzie więcej autobusów i tramwajów. To reakcja na większy ruch na ulicach czy na uwagi pasażerów?
Łukasz Franek, dyrektor Zarządu Transportu Publicznego: To reakcja na uwagi i na nasze obserwacje z ostatnich dni. Widzimy powtarzające się sytuacje, w których na konkretnych liniach są wyższe napełnienia, stąd wprowadzamy zmiany. Tym bardziej, że od poniedziałku wracają opłaty w strefie. Będziemy działać przede wszystkim na zasadzie reakcji, a nie prewencji, bo cały czas trzeba szanować środki, jakimi dysponujemy.
A jak wygląda kwestia pilnowania liczby osób w pojeździe? Czy to się teraz staje jeszcze większą fikcją niż wcześniej?
Szczerze mówiąc, zostawiam tę sprawę służbom, które mają egzekwować te przepisy. Apelując cały czas do rządu o zmianę, przestajemy się nimi przejmować, bo naprawdę już najwyższy czas, żeby to znieść. Wiemy, że takie sytuacje mają miejsce, ale nie jesteśmy w stanie zareagować na każde przepełnienie.
Dziś premier ma ogłosić nowe informacje o łagodzeniu ograniczeń. Mówi się o hotelach, muzeach czy bibliotekach, coraz więcej osób wraca do pracy po przerwie. Mamy się teraz spodziewać kolejnych informacji o dokładaniu kursów?
Już nasze poprzednie wydłużenie trwania szczytu porannego miało na celu to, by łatwiej można było dojechać do pracy na późniejszą godzinę, np. na 10, kiedy zaczynają funkcjonowanie niektóre usługi i sklepy. Więc na to jesteśmy przygotowani, będziemy pewnie jeszcze stopniowo wzmacniać poranny szczyt. Ale mamy skończoną liczbę autobusów i w pewnym momencie nam się to wyczerpie.
A okres między szczytami?
Na niektórych liniach, gdzie widzimy największe obłożenie, wprowadzamy częstotliwość co 30 minut. To też m.in. linie obsługujące szpitale. Obserwujemy na bieżąco raporty dotyczące napełnień i staramy się reagować na bieżąco. Trudno przewidzieć wszystkie zachowania, ale zakładamy, że po weekendzie zaczną się też działania wyznaczające korytarze rowerowe, widzimy, że coraz więcej osób decyduje się w obecnej sytuacji właśnie na jazdę rowerem. Pytanie, ile osób w dalszej perspektywie wybierze rower, a ile transport zbiorowy, jest otwarte.
A czy obawia się Pan, że kiedy już wszyscy wrócą do aktywności, dużo więcej osób niż wcześniej zdecyduje się na samochód i zrobimy duży krok wstecz względem sytuacji sprzed epidemii?
Mam nadzieję, że nie i na razie nie ma takiego zagrożenia. Z tym się wiąże też decyzja, że 4 maja przywracamy strefę płatnego parkowania. Reagujemy na to, że obecnie jest bardzo trudno zaparkować i sens wyłączenia strefy nie ma już kontynuacji. Wtedy chodziło o to, żeby szybko dojechać, dziś poszukiwanie miejsca jest gorsze niż przed pandemią. Więc działamy i zachęcamy do tego, by częściej się przejść czy pojechać na rowerze. A transport zbiorowy uruchamiamy na tyle, na ile są możliwości. Ale jak już wspomniałem, w momencie kiedy otwarte zostaną kolejne miejsca, np. galerie handlowe, to bez zniesienia limitów osób w pojazdach system się zawali. Przykład pierwszy z brzegu: ulica Mogilska. Średnio przed epidemią, kiedy było nas jeszcze stać na to, by komunikacja kursowała często, woziliśmy tam w jedną godzinę szczytu ok. 4,5 tysiąca pasażerów na 6,5 tysiąca wszystkich dostępnych miejsc w pojazdach. Gdybyśmy przywrócili pierwotną częstotliwość kursowania, na co i tak nie mamy środków, to w tej samej liczbie tramwajów mielibyśmy maksymalnie tysiąc miejsc. Tych ludzi po prostu nie zabierzemy z przystanku. Zostaną albo będą łamać limity. Ja sobie nie wyobrażam pozostawienia tych limitów, kiedy zostaną uruchomione kolejne sektory gospodarki.
Jak Pana zdaniem powinno to wyglądać?
Związek Miast Polskich wnioskował o 50 procent wszystkich miejsc w pojeździe, moim zdaniem absolutne minimum to 30 procent. Choć 50 byłoby rozwiązaniem lepszym, przywracającym sens transportu zbiorowego i dającym perspektywę jego organizacji do końca roku.
A na ile procent wszystkich miejsc przekłada się obecna zasada połowy miejsc siedzących?
Dziś to ok. 15 procent całości. Obecnie wypuszczamy do ruchu średnio 128 tramwajów, mamy w nich formalnie ok. 30 tys. miejsc. A według obecnych zasad mamy w nich ok. 4 tysiące miejsc. 26 tysięcy miejsc jeździ pustych, za które nikt nie płaci.
Płacimy wszyscy.
Dokładnie tak, mieszkańcy zapłacą za to z podatków. Z nieoficjalnych źródeł dowiadujemy się, że w kręgach rządowych jest zrozumienie tematu i chęć korekty, ale są też wątpliwości, w jaki sposób przedstawić taką zmianę i ją uzasadnić.
Zapytam na koniec o wspomniane już nowe rozwiązania dla rowerzystów. Czego możemy się spodziewać w pierwszej kolejności?
Po długim weekendzie ekipy mają wejść na ciąg Wielopole-Grzegórzecka. Potem most Grunwaldzki, potem pierwsza obwodnica – Westerplatte, św. Gertrudy. Całość będzie trwała przynajmniej do końca maja.